30 sierpnia 2013

Melonowy Stos(ik) - 4

Witam ponownie :)!

Jako, że ostatnimi czasy książki lgną do mnie jak muchy do sera... tzn. jak muchy do kupy i jak myszy do sera to nie pozostało mi nic innego jak tylko opublikować kolejną zapchajdziurę na blogu, jaką jest Melonowy Stos(ik) :D. Nie będę już może przedłużał, dlatego przejdę do samego stosiku...


Zacznijmy od samego dołu tego pagórka...

*Być dyrektorem szkoły - Anna Lidia Brzywca*
Książka otrzymana do recenzji od wydawnictwa Novae Res. Moją recenzję można znaleźć tutaj.

*Zombie Survival - Max Brooks*
Jeżeli się nie mylę to jest to wznowienie, ale nic nie obiecuję :P. Do recenzji od Zysk i s-ka.

*Ambasadoria - China Miéville*
Jak wyżej otrzymałem tę książkę od wydawnictwa Zysk i s-ka. Tutaj znajduje się moja recenzja.

*Dotyk Julii - Tahereh Mafi*
Wygrana w konkursie. Nie ukrywam, że boję się zawodu na tej książce, przez główny wątek miłosny, jakim charakteryzuje się ta pozycja :P.

*Wypychacz zwierząt - Jarosław Grzędowicz*
Zbiór opowiadań spod znaku grozy, który kupiłem pierwszego dnia przedpremiery w Empiku tylko ze względu na okładkę :P.

*52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca - Jessica Brody*
Książkę tę wygrałem w konkursie wydawnictwa Fabryka Słów i musiałem na nią naprawdę dłuuugo czekać... a otrzymałem dopiero drugi egzemplarz, gdyż pierwszy zaginął w akcji... a wszystko przez naszą kochaną Pocztę Polską :P. Jest to książkowa wersja typowo hollywoodzkich komediowych produkcji :D.

*Kalejdoskop - Piotr Szymonowicz*
Od wydawnictwa Novae Res do recenzji. Moja recenzja znajduje się pod tym linkiem.

*Niebieska trawa - Ted Kowalski*
Jak wyżej od Novae Res.

*Garbuska - Leszek Sokołowski*
Jak wyżej od Novae Res... z tą różnicą, że już ją zacząłem czytać :).

Oczywiście do stosiku musiałbym dorzucić parę innych książek z poprzedniego stosiku, jednak nie chciałem ich ponownie ustawiać do zdjęcia... niektóre nawet trzeci raz :D. To by tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że ciężko jest mi się zabrać za tę pozycję... jbc. mówię o "Ręce mistrza" Kinga :p.

POZDRAWIAM!

P.S.: Już zaraz zabieram tyłek w troki i idę w odwiedziny do Waszych blogów :). Tylko ciekawe, kto mnie ugości herbatką i ciasteczkiem :D?

Zabawa okładkowa 2 #part2 - ZAKOŃCZONA


Hej :)!

Dzisiaj czas na drugą odsłonę niedokończonej okładki. Jeżeli nie wiesz o co w tej zabawie chodzi, zajrzyj tutaj :).

A, więc nie przedłużając...

"Jaki tytuł nosi książka, której niedokończoną okładkę przedstawiam!?"

Kliknij, żeby powiększyć
Jeszcze raz podam Wam parę podpowiedzi :)
*książka ukaże się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów z Lublina*
*będzie miała swoją premierę już w październiku*

Zapraszam serdecznie wszystkich chętnych do zabawy!

POZDRAWIAM!

P.S.: Może ponownie wspomnę, jakby ktoś zapomniał, że ja o chętnych nie zapominam :).

29 sierpnia 2013

Zabawa okładkowa 2 #part1 - ZAKOŃCZONA



Do You remember (i na tym mój "inglisz" się kończy) zabawę okładkową z odkrywaniem książki "52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca" na moim blogu?
Jeśli Wasza odpowiedź brzmi "tak" to powiem, iż nadeszła pora na kolejną zabawę z odgadywaniem niedokończonych okładek :).
A jeżeli Wasza odpowiedź brzmi "nie" i nie macie zielonego pojęcia o co w tym wszystkim chodzi to... już spieszę wyjaśniać...

Przez całe dwa dni (dzisiaj i jutro) publikować będę kolejne odsłony "niedorobionych" okładek książki, której tytuł jest nieznany... i właśnie tutaj Wy (chętni) przejmujecie inicjatywę...
Inicjatywę, której dotyczy odpowiedź na poniższe pytanie...

"Jaki tytuł nosi książka, której niedokończoną okładkę przedstawiam!?"

Kliknij, żeby powiększyć
Mam dla Was całe dwie podpowiedzi:
*książka ukaże się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów z Lublina*
*będzie miała swoją premierę już w październiku*

Poprzednim razem całą blogosferę opanowała pindowata cizia z panterkowymi pantoletami i szmatą w ręce, a teraz czas na... wysyp czarnych (?)kurzych(?) piór z jakimś miastem w tle (prawdopodobnie jest to Londyn... przepraszam, nie ma takiego miasta "Londyn". Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak...
Pzdr. dla tych co wiedzą o czym mówię :D) i przeważającym kolorem niebieskim w górnej części okładki.

Jeszcze raz zapraszam wszystkich chętnych do zabawy :)!

POZDRAWIAM!

P.S.: Chyba nie muszę mówić, że ja o chętnych nie zapominam ;)?

Melonowa mieszanka recenzyjna #1

Pozwalam Wam na wszelakie formy potępiania mnie za to, że już od jakiegoś czasu nie odwiedzałem Waszych przepięknych blogów, jednak mam parę słów usprawiedliwienia...
Primo uno - nieustające remonty na blogu...
Duo, duo - przygotowuję coś, o czym niedawno wspominałem i właśnie to zjada mi najwięcej wolnego czasu...
Fri, tki - zbliżająca się wielkimi krokami szkoła... ku*wa, dlaczego teraz!?

Tak, więc przepraszam Was bardzo serdecznie za to oraz obiecuję, że postaram się uporać z tym cosiem przed wrześniem, ale nic już nie mówię, żeby nie zapeszyć :). Powtórzę, że "obiecuję postarać się", a nie, że na pewno uporam się z tym :D. Melon - mistrz wykrętów :).

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Witajcie :)!

Postanowiłem dzisiaj dodać takiego posta z kilkoma opiniami na temat kilku książek, a nie pojedynczych tytułów z paru powodów...

Pierwszym i najważniejszym z nich jest to, że po prostu nie opłaca mi się opisywać każdej z nich w oddzielnych recenzjach, gdyż jak sądzę lwią część ów recenzji zajęłoby melonowe lanie wody, a nie przypuszczam, żeby ktokolwiek (KTOKOLWIEK) był "za" bezsensowną paplaniną i to jeszcze w moim wykonaniu...

Drugi powód dotyczy tego, iż sporo tytułów (no dobra, trochę), przeczytanych w niedalekiej przeszłości ominąłem i ich nie zrecenzowałem, ponieważ nie pozwalał mi na to czas... Mówiąc krótko czytałem książki za szybko, nie nadążając za pisaniem mojej subiektywnej opinii o nich i parę pozycji "zaginęło w akcji", jak również zostały zdominowane przez inne teksty...

I w końcu trzecim powodem jest sprawdzenie (jesteście moimi królikami doświadczalnymi <śmiech zła>) czy takie mixy 3 w 1 w ogóle mają jakikolwiek sens w moim wykonaniu. Jednak od razu tłumaczę, że zwykłe, czyli pojedyncze recenzje będą publikowane tak jak były do tej pory... Nie, że od teraz Melon ma kaprys i zamieszcza same skrótowe opinie o książkach... co to, to nie :)!

No... to jak już wyjaśniliśmy sobie co nieco ("co nieco" kuźwa, wstęp dłuższy od samych recenzji) to serdecznie zapraszam Was do dalszej lektury tegoż posta :)!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

"13 ran" - zbiór opowiadań (różni autorzy)


"13 ran" jest już trzecim tematycznym zbiorem opowiadań po "11 cięciach" oraz "15 bliznach". Swoją premierę miał gdzieś w okolicach 30 października 2012 roku i dokładnie w tym okresie nabyłem go drogą kupna... wiem, że byłem i nadal jestem idiotą, że nie zrecenzowałem tego od razu po przeczytaniu. Wtedy byłaby recenzja nowości, a teraz jest "recenzja" starocia (ok, ok, młodego starocia :D). Lecz musicie mi wybaczyć, jako że nie grzeszę inteligencją :d.

"Wyglądacie na szczęśliwą parę. Całuski, papuski, cukiereczki i ciasteczka. Śniadanie do łóżka, róża w zębach, truskawki, szampan i białe puchate szlafroki. Słodko, aż do wyrzygania. Różowy miłosny kicz zalewany różowym lukrem..."

"13 ran" to zbiorek 13 opowiadań spod znaku ogólnie pojętej grozy. Autorami ów powiastek są różni pisarze z całego świata. Oczywiście główną rolę odgrywają w nim nasi rodzimi twórcy, przykładowo: Robert Cichowlas (jeden z głównych promotorów przedsięwzięcia jakim była publikacja tego zbioru), Kazimierz Kyrcz Jr, czy też mój ulubiony Stefan Darda :). Jednak zagraniczni również nie dadzą sobie w kaszę dmuchać i mogą pochwalić się sporym zapasem twórczości. Graham Masterton, Jack Ketchum - według Stephena Kinga najstraszniejszy człowiek w Ameryce, Edward Lee i wiele, wiele więcej. To właśnie ich znakomite teksty możemy przeczytać w trzynastce.
Nie ukrywam, że najbardziej przypadło mi do gustu opowiadanie "Pan Kadłubek" z bardzo prostego powodu... Strach? Jest. Obrzydliwość? Jest. Napięcie? Jest. Świetnie zarysowana fabuł(k)a? Jest. No i czegoż chcieć więcej :)? Powiem, że musiałem odkładać co jakiś czas tę książkę by na chwilę ochłonąć z wrażeń, jakie zafundowało mi ta opowiastka, naprawdę. Co jak co, mnie trudno obrzydzić, aczkolwiek Lee dokonał niemożliwego ;).

Co do reszty opowiadań to muszę powiedzieć, że są nad wyraz różnorakie i o dziwo nie zawsze wiejące grozą, jakby się zdawało... Znaleźć tu możemy skrajną brutalność, gdzie krew sika pod niewyobrażalnym ciśnieniem, zaskoczenie, wywołujące u czytelnika zaczątki zawału serca, ale także zdziwienie, przez które nad głowami czytelników pojawiają się wielkie i świecące znaki zapytania.
Nie mogę polecić tego zbioru określonej grupie czytelników, gdyż sama książka nie jest głębiej określona, więc serdecznie polecam "13 ran" osobom, liczącym na dobre krótkie formy treści, skrywających w sobie wiele czynników, z których groza ma najwięcej do powiedzenia...



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

"Być dyrektorem szkoły" - Anna Lidia Brzywca


!!!WAŻNE!!!
"Być dyrektorem szkoły" dotyczy posady dyrektora GIMNAZJUM!

"Być dyrektorem szkoły. Poradnik dla tych, którzy nie wiedzą w co ręce włożyć" jak sama nazwa wskazuje jest poradnikiem, a jak wiadomo poradniki przeznaczone są dla określonej niezaradnej grupy społeczeństwa, które, mówiąc pokrótce, szukają porady we wszelakich zatrważających ich sprawach. Tutaj grupą docelową są wszyscy marzący o posadzie idealnego dyrektora szkoły. Jeśli pragniesz być bądź jesteś już od krótkiego czasu dyrektorem szkoły to ten poradnik jest stworzony właśnie dla Ciebie! Znajdziesz w nim wiele niezmiernie potrzebnych porad, wskazówek, ściągawek oraz materiałów dydaktycznych dla osób takich jak Ty, którzy widzą swoją świetlaną przyszłość w jakiejkolwiek placówce edukacyjnej jako jej głównodowodzącego!
Sądzę, że "Być dyrektorem..." jest znakomitą pozycją dla osób zainteresowanych w temacie "dyrektorowania". Jeżeli jeszcze nie radzisz sobie za dobrze w funkcji najważniejszej jednostki w szkole, tudzież chciałbyś bliżej zaznajomić się z tym zawodem od osoby od ponad dwudziestu lat obytej w temacie Pani Anny Lidii Brzywcy to serdecznie polecam Ci tę książkę jako dobrego pomocnika w Twoim życiu zawodowym.

Na deser dodam, że w książce jest dosyć znaczna ilość ankiet w szczególności przeznaczonych dla uczniów, na parę pytań których pozwoliłem sobie odpowiedzieć... Pytania były mniej więcej takie:
"Czy czujesz się w szkole bezpiecznie?" - no jasne, że nie, przecież wszędzie czają się wredne sprzątaczki, które śledzą każdy Twój ruch.
"Czy w czasie wakacji proponowano Ci: papierosy, alkohol, narkotyki?" - Nie, skądże... Nigdy w życiu... Nie, no jak... No chyba śnisz... Nie ma mowy :D.
"Czy chętnie chodzisz do szkoły?" - Niech no się zastanowię, hmm... Sądzę, że NIE! NIECHĘTNIE!
"Czy znasz prawa ucznia?" - to uczniowie mają w ogóle jakieś prawa :P? No proszę, cóż za niespodzianka, myślałem, że mamy tylko obowiązki :).
"Czy nauczyciele według Ciebie zadają: zbyt dużo / średnio / zbyt mało?" - ku*wa, ciekawe czy ktoś kiedyś zaznaczył "zbyt mało" :D.
Czyli jak widzicie frajdy było niemało podczas czytania :).


"Gonitwa
Za czym tak biegnę,
Po co tak gnam?
Wciąż się spieszę,
Jeszcze to, tamto jeszcze,
I tak co dnia.
Pędzę na oślep,
Brak mi już tchu.
Na pewno nie zdążę,
To było na wczoraj,
Już jest za późno,
Muszę to zrobić.
Czas ucieka,
A tyle spraw mam..."

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

"Rudy. Prawo do życia" - Jack Ketchum


Miałem recenzować tę książkę w normalnej pojedynczej recenzji, ale nie wiedzieć czemu nie mogłem zebrać się w sobie i jej napisać, dlatego zdecydowałem się na jej skróconą opinię.

"Rudy. Prawo do życia" składa się z jednej głównej powieści "Rudy" oraz jednej minipowieści "Prawo do życia". Obie z nich miały już swoją oryginalną premierę (a Ameryce) dość dawno, jednak wydawnictwo Papierowy Księżyc dopiero teraz postanowiło opublikować je w przetłumaczeniu na polski.

"Rudy" opowiada historię Averego Ludlow'a, osamotnionego mężczyzny w podeszłym wieku. Główny bohater większą część swojej licznej rodziny stracił przez wypadek, a reszta utrzymuje z nim nikły, bądź w ogóle nie utrzymuje z nim kontaktu. Jedynym masłem na kukurydzę... tzn. miodem na serce staruszka jest jego wierny i równie podstarzały kompan - pies Rudy.
Pewnego razu, gdy Pan i jego pupil wyruszyli na wyprawę na ryby, spotkało ich trzech, wydawałoby się przyjaznych, nastolatków. Jeden z nich jednak nie mogąc wyłudzić od Ludlow'a pieniędzy postanawia ukazać światu swoją "porywczość" i jednym celnym strzałem z broni przepoławia pysk Rudego, uśmiercając go przy tym...
Odtąd w niewielkim miasteczku, gdzie rozgrywa się akcja książki, nic już nie będzie takie samo... Brak jakiejkolwiek pomocy ze strony władz zmusi Averego Ludlow'a do drastyczności... do sprawiedliwości...

"Próbowałeś kiedyś zwierzęcej krwi? Smakuje tak samo jak nasza. Czemu więc ludzka ma być cenniejsza od psiej? Lepsza? Na pewno nie według psów..."

Minipowieść "Prawo do życia" jest znacznie brutalniejsza od "Rudego" i pełno w niej opisów, od których nawet mi wychodziły na wierzch gałki oczne.
Fanatyczni przeciwnicy aborcji, mroczna piwnica, skuta i bezbronna ofiara oraz okrutni oprawcy, skłonni do najdzikszych i najkrwawszych tortur... to skrócony opis fabuły tego utworu. Tutaj nie ma przyjemnych momentów. Czytając to dosłownie czujemy wszystkie emocje ofiary i chcąc, nie chcąc wczuwamy się w jej rolę... Polecam jedynie czytelnikom o mocnych nerwach i przynajmniej w pewnym stopniu odporni na ludzką krzywdę... nieważne, że jedynie w wyobraźni autora...

Z całego serca polecam tę książkę wszystkim fanom twórczości Ketchum'a, jak i czytelnikom poszukującym w powieściach ostrej grozy, przemieszanej z hektolitrami krwi w stosunku 1:1. Jednak osoby, lubujące się w utworach z przesłaniem, po lekturze tej pozycji na pewno także nie będą zawiedzeni :)!


POZDRAWIAM!

P.S.: No nie wierzę... muszę się czymś Wam pochwalić, bo inaczej nie zdzierżę :P...
Pamiętacie może moją recenzję "Kalejdoskopu" autorstwa Piotra Szymonowicza, którą znaleźć możecie pod tym linkiem!? Jeśli tak to zapewne kojarzycie jak z pewnych powodów porównałem ów książkę do "Małego Księcia" :)!? Dzisiaj znalazłem TO! Jeżeli wierzyć portalowi wydaje kropka pl to ulubioną książką Pana Piotra jest właśnie "Mały Książę" :D! Przypadek :P? Wiem, że sądzicie, iż mam nienormalną podnietę, ale ja się cieszę i dziwię za razem, że mentalnie odczytałem to przesłanie oraz zainspirowanie znakomitym utworem Antoine de Saint-Exupéry'ego :D. Moja samoocena podskoczyła o jakieś 100% :).
No... to by było na tyle z melonowej samochwały, a teraz jeszcze raz Was serdecznie pozdrawiam :*!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Na zakończenie tego strasznie przydługiego pościcha ukazuję Wam krótki filmik na chwilę relaksu z trailerem książki "Dziewczyna w stalowym gorsecie", która ukaże się już niedługo, bo 30 sierpnia, nakładem wydawnictwa Fabryka Słów...

19 sierpnia 2013

"Ambasadoria" - China Miéville

"Ambasadoria", czyli fantastyczna opowieść z krańców zbadanego wszechświata...


OPIS :
(pochodzi z okładki)

"Ambasadoria to miasto sprzeczności położone na krańcach zbadanego wszechświata. Avice Benne Cho jest nawigatorką na statku podróżującym w "wiecznym nurcie", morzu czasoprzestrzeni rozciągającym się pod dnem codziennej rzeczywistości. Po wielu latach powraca na swoją rodzinną planetę. Ludzie nie są tu jedyną inteligentną rasą, a Avice nawiązuje niewytłumaczalną więź z Gospodarzami - tajemniczymi istotami niezdolnymi do kłamstwa. Jedynie niewielka grupka genetycznie zmodyfikowanych Ambasadorów włada ich językiem, umożliwiając kontakt pomiędzy dwoma społecznościami. Jednak gdy na planetę przybywa nowy Ambasador, krucha równowaga zawisa na włosku. By zapobiec tragedii i nieuchronnej wojnie ras, Avice musi osobiście porozumieć się z Ariekenami, dobrze wiedząc, że to niemożliwe..."

Jak pewnie większość z Was wie, Melon ma w jakimś delikatnym stopniu określone gusta czytelnicze, opierające się w głównej mierze na literaturze spod znaku grozy. Oczywiście nie to, że na całą resztę gatunków jestem zamknięty, no ale groza książkowa po prostu zajmuje pierwszą pozycję w mojej liście "I really fucking want to read it!".
"Ambasadoria" kryje się pod gatunkiem SF, którego tak naprawdę jeszcze nigdy nie miałem przyjemności czytać, więc parę obaw o niezadowolenie po przeczytaniu było, jednak... według Entertainment Weekly jest to utwór z pogranicza science-fiction oraz thrillera. I to właśnie przez to drugie pogranicze zdecydowałem się na lekturę tejże książki.

China Miéville - autor licznych powieści fantastycznych - wykreował świat, a właściwie wszechświat przyszłości, w którym podróże kosmiczne to codzienność, a humanoidalne roboty dorównują w inteligencji człowiekowi. W takiej oto scenerii, na krańcach zbadanego wszechświata rozgrywa się akcja "Ambasadorii".

Avice Benner Cho powraca na swoją rodzimą planetę po wielu kilogodzinach ciężkiej podróży jako nawigatorka i zanurzaczka na statku przemierzającym kosmos (autor posłużył się w książce określeniem "kilogodzin", jest to oczywiście zamiennik naszego ziemskiego licznika czasu, czyli lat). Ów planeta zamieszkiwana jest przez wiele przedziwnych ras, bądź technologicznie wykreowanych istot, które jak dotąd żyły w zgodzie i pokoju... do czasu...
Gdy do Ambasadorii przybywa nowy ambasador EzRa, nieco odbiegający od modelu normalnego ambasadora, składającego się z dwójki klonów, nierozerwalnie połączonych ze sobą na całe swoje życie oraz w większości potrafiącym porozumiewać się Językiem, wszystko zaczyna nabierać negatywnego tempa. Konflikt i niezdolność do porozumienia rośnie w siłę, rasa potężnych i opancerzonych mutantów, niezdolnych do kłamstwa Ariekenów, pospolicie nazywanych Gospodarzami, nie mogąc się dogadać z sąsiadami coraz bardziej popada w obłęd... na horyzoncie którego dostrzec można zbliżającą się wielkimi krokami wojnę ras... 

Lecz jaką rolę będzie musiała spełnić Avice w rozkręcającym się konflikcie!? Jaką tajemnicę skrywa nowy ambasador!? I wreszcie w którą stronę potoczą się losy mieszkańców Ambasadorii!?

"Przypadek, zmagania, porażka, przetrwanie, darwinowski chaos instynktownej gramatyki, popędy zwierzęcia o dużym mózgu żyjącego w trudnych warunkach, selekcja cech, która w efekcie stworzyła całą rasę prawdomównych istot..."

Jak już pisałem było to moje pierwsze (o ile dobrze pamiętam... a pamięć mam nie za dobrą) zetknięcie się z gatunkiem, jakim jest sci-fi i powiem, że było interesujące. Nie mogę powiedzieć, że kipiałem z radości po lekturze "Ambasadorii", gdyż czegoś mi w niej brakowało, jednak krótko mówiąc Miéville odwalił kawał dobrej roboty. Stworzył coś zachwycającego oraz porywającego, zamkniętego w zaledwie 468-stronnicowej opowieści.

Pragnąłbym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy... Dostałem dwa ostrzeżenia, dotyczące tej książki, iż jest ona dosyć ciężką pozycją. Najpierw poinformowała mnie o tym Pani Żaneta z wydawnictwa Zysk i S-ka (którą serdecznie pozdrawiam :D), a następnie cytat Pani Ursuli K. Le Guin (tej nie znam, ale również ślę pozdrowienia ;)) z okładki tegoż utworu, mówiący: "Ambasadoria to w pełni dojrzałe dzieło sztuki". A teraz proszę o uwagę, bo stwierdzam: Proszę Państwa, aktualnie recenzowana przeze mnie książka jest ciężka... i to nawet cięższa ode mnie. Pełno w niej wydarzeń, sytuacji, jak i dialogów wymagających wnikliwych przemyśleń przez czytelnika i to właśnie dzięki temu ta pozycja jest prawdziwym dziełem sztuki ;). Pan China musiał się nieźle nagłowić, żeby to wszystko połączyć: przyczyna - skutek, skutek - przyczyna i razem spiąć do kupy tak aby się nigdzie nie wylewało. Fabuła jest przemyślana całkowicie :)!

Podsumowując, pragnę polecić "Ambasadorię" nie tylko fanom gatunku SF, ale również wszystkim tym, którzy szukają w książkach mocno sprecyzowanej treści, nad przemyśleniem której należy trochę wysilić swoje szare komórki :P. Jeśli czujecie się zainteresowani to ja gwarantuję Wam wciągającą akcję i niezapomniane przeżycia na samym krańcu wszechświata... w Ambasadorii...


"Porównanie pozwala zilustrować pewien argument. Można to potraktować jako drogę na skróty do ekspresowego uprawdziwiania. Dzięki temu nie trzeba łączyć ze sobą... niewspółmiernych elementów. A jeśli tego dokonasz i powiesz: "To jest coś", podczas gdy w rzeczywistości będzie to coś innego? Wtedy skłamiesz. Dlatego nazywamy to metaforą. To rodzaj kłamstwa. Cały świat staje się kłamstwem..."

POZDRAWIAM!

P.S.: Przypuszczam, że zdążyliście dostrzec parę niemałych zmian na moim blogu i przypuszczam, że dziwicie się dlaczego wszystko jest tutaj tak chaotycznie porozwalane i popie*dolone... Otóż jest to dopiero stan przejściowy z poprzedniego zwykłego wyglądu "Melon dotcom" do nowego, miejmy nadzieję, że lepszego :). Tak więc nie stawiajcie na mnie jeszcze krzyżyków, gdyż obiecuję poprawę i wszystko będzie na glanc... oczywiście jeśli html da mi się ujeździć ;P.

P.S.2: Ulala, Lady Gaga już szaleje ze swoim nowym (opętanym) teledyskiem :P. Give me that thing that i love! Put your hands up make `em touch!


12 sierpnia 2013

"Obecność" - film (2013)

"Obecność", czyli opowieść o nawiedzonym domu...
...podobnież oparta na faktach...

Źródło
OPIS :
(pochodzi z serwisu Filmweb)

"Lorraine Warren i Ed Warren to dwójka badaczy zjawisk paranormalnych. Pewnego dnia, zostają wezwani przez przerażoną rodzinę, na odludną farmę. Okazuje się, że mieszkańcy są nawiedzani przez tajemniczą zjawę, która nie chce dać im spokoju. Para badaczy, staje do walki z najstraszniejszym demonem z jakim kiedykolwiek mieli do czynienia..."


Gdy po raz pierwszy ujrzałem zwiastun "Obecności" w telewizorni to powiedziałem sobie szczere: "Nie, nigdy tego nie obejrzę!". Wspomnę, że nawet ów trailer wywoływał u mnie skrajne emocje, kończące się na szybkim odwróceniu głowy od świecącego pudełka totalnego zidiocenia (podpowiedź dla mniej myślących: chodzi mi oczywiście o telewizor). Jednak po pewnym czasie i po niezliczonej liczbie obejrzanych zapowiedzi, zapytałem się swojego drugiego "ja"... "Dlaczego niby miałbym nie spróbować i przynajmniej 10 minut tej produkcji miałbym nie obejrzeć!? Włączę na chwilkę, jak się zesram ze strachu to będzie kolejna para gaci do prania, a jak przetrzymam to dociągnę do końca bez większych "brudnych" rewolucji...". Jak można się domyślić otrzymałem odpowiedź pozytywną: "Proszę bardzo, ale ja do psychiatryka cię nie zaprowadzę, poszukaj sobie innego wafla...". No mniej więcej pozytywną, lecz tak to się zaczęło. Usiadłem wygodnie na podłodze, położyłem laptopa na kanapie, wziąłem z kuchni paczkę paluszków i włączyłem film (tak, tak, wszystko odbywało się za dnia... czy musicie mnie zawsze dołować :D?). Co się działo później!? Zapraszam do recenzji :)!

Źródło

"Obecność" według twórców opowiada o wydarzeniach, które miały swoje miejsce naprawdę. Kochające się małżeństwo - Ed i Lorraine Warren, którzy słyną w świecie jako badacze zjawisk paranormalnych, jak również są obeznani w demonologii oraz w jasnowidztwie, zostaje wezwane do dziwnego przypadku nawiedzenia pewnego odludnego domu na farmie, do którego niedawno wprowadziła się liczna rodzina Perronów. Dzień w dzień nękani są przez złego ducha, od lat straszącego w tych okolicach. Niestety sprawa zaczyna się komplikować wraz z nadejściem pomocy ze strony dwójki parapsychologów... Coraz więcej istot niematerialnych, zamkniętych na wieki w murach budynku, wychodzi na światło dzienne... Coraz więcej makabrycznych historii skrywanych przez odludną farmę zostaje odkrytych... Coraz więcej zła powraca na ziemię by nękać jej mieszkańców...

Nikogo pewnie nie zdziwi, że "Obecność" to tak zwany "odgrzewany kotlet". Na szczęście ów kotlet odgrzewany był na świeżym oleju :). Czyli krótko mówiąc - podstawa fabuły zapożyczona, natomiast cała jej otoczka jest dosyć nowatorska. Było wiele filmów, gdzie wątek główny przeznaczony był dla opętanej posiadłości z jej opętanymi lokatorami, lecz tutaj natrafić możemy na wiele drobnych smaczków, odważę się nawet użyć określenia "leciutkich powiewów świeżości" :P. Uważam, że pomysł z wstawieniem zabawy w popularną klaskaną ciuciubabkę jako zapalnika do rozkręcenia akcji był świetny (jbc. pierwszy trailer ukazuje tę zabawę).

Źródło

Co do poziomu strachu to nie mogę powiedzieć, że go nie było, ale... mam jedno "ale" :D. Po prostu zabrakło mi momentów, dzięki którym... a właściwie przez które nie siedziałbym sobie teraz spokojnie w pokoiku i pisał dla Was tę recenzję, lecz leżał przypięty skórzanymi pasami do masywnego łóżka w zakładzie psychiatrycznym z diagnozą zaburzeń, charakteryzujących się widywaniem przez pacjenta wyimaginowanych stworzeń nie z tego świata :). Chociaż mogliby mnie już dawno tam zamknąć... na pewno ktoś by się ucieszył (ktoś = wszystkie człowieki, z którymi miałem jakikolwiek kontakt... nawet przez internet :D).
Nie zdziwiłbym się, gdybym w komentarzach pod tą recenzją ujrzał wiele tekstów typu: "Tam co chwilę można było dostać zawału serca z przerażenia, więc co mi tu pieprzysz Melonie?!". Owszem mnóstwo razy wyczuwałem zwiększającą swoje tempo palpitację serca, jednakowoż ciężko było o niekończący się nastrój grozy. Taaaakie urywki strachu przeplecione z nudnymi wstawkami ;).

Źródło

Dobra, sądzę, że rozpisałem się wystarczająco, więc pora by zakończyć tę niedzielną... w sumie wychodzi, że poniedziałkową recenzję filmową :).
Chciałbym serdecznie polecić "Obecność" głównie osobom, którym jeszcze nie przejadł się wątek nawiedzenia przez okrutnego demona i niewyjaśnionymi sytuacjami z nim bezpośrednio związany. Pragnę również polecić tę produkcję wszystkim tym, którzy szukają czegoś z mocną dawką grozy i przedłużającego się stanu niepokoju, ale nie zrazi ich delikatny smak odgrzewanego kotleta ;D.

Na koniec podrzucę Wam parę zwiastunów, ale według mnie pierwszy jest najciekawszy :D.
Spokojnie, ten trailery nie jest straszny, więc może go oglądać nawet największe strachajło. Tak mówię o Tobie :).


Drugi jest już straszniejszy ;p...
(nie mogłem wkleić filmów, więc daję same linki)


A w trzecim jest więcej faktów... nawet od osób, które mieszkały w tym nawiedzonym domu... dość interesujące :).



POZDRAWIAM :)!

09 sierpnia 2013

Trawienie Melonowych Myśli #5


"E-czytanie"

Jak widzicie nadszedł wreszcie czas na moje kolejne trawienie :). Dzisiaj biorę pod lupę "E-czytanie".

W dzisiejszych czasach książki cieszą się niezbyt dużym zainteresowaniem. Coraz większa grupa społeczeństwa decyduje się na inne, "ciekawsze" wypełniacze wolnego czasu pokroju telewizji, czy częściej internetu. Jednak na przeciw wszystkim "osobom technologicznie hop do przodu" wymyślono nowy sposób na znane już praktycznie od zarania dziejów czytanie książek. O czym mowa!? Oczywiście o specjalnych czytnikach e-booków. Sądzę, że większość z Was już słyszała o tych elektronicznych cudach techniki, a nawet powiem więcej, że niektórzy takie urządzenie posiadają. Jednak dzisiejsze Trawienie w głównej mierze kieruję do posiadaczy czytników...

Ostatnimi czasy naszła mnie WIELKA ochota na zakup, przodującego jakościowo czytnika, kindle'a od znanej szerokiemu gronu firmy Amazon. Owszem w internecie znaleźć można wiele e-book readerów różnych marek, aczkolwiek według mnie to właśnie kindle mówiąc krótko - jest najlepszy ;). I nie mówię tu o określonych modelach, ale o całej serii kindle.

A teraz zwracam się do Was z pytaniem...

Czy ktokolwiek z Was ma w posiadaniu czytnik e-booków (nieważne jaki)!? I czy jesteście ich szczęśliwymi właścicielami, czy wręcz przeciwnie!?

I jeszcze jedno pytanko dla posiadaczy kindle'ów...

Gdzie i w jaki sposób zdobyliście swoje czytniki!?
(pytam, bo wiem, że z ich zakupem są niemałe problemy ;P)

POZDRAWIAM I ZAPRASZAM DO TRAWIENIA W KOMENTARZACH :)!

07 sierpnia 2013

"Kalejdoskop" - Piotr Szymonowicz


Witajcie ponownie :)!

Chciałbym Was serdecznie przeprosić za tą krótką nieobecność na swoim, a w szczególności na Waszych blogach, która spowodowana była moimi prywatnymi sprawami rodzinnymi...
Wiem, że gdy zawsze ktoś wspomni o "ważnych sprawach rodzinnych" to każdego aż szlag trafia z ciekawości o co chodzi... prawda :)!? Czy może jestem takim jedynym upośledzonym wyjątkiem!? Oczywiście jest to pytanie retoryczne ;p!!!
Ale żeby już nie doprowadzać Waszej cierpliwości do granic szaleństwa to powiem, że chodziło o weselicho, na którym ostatnimi czasy miałem ogromną przyjemność przebywać :D.
Aczkolwiek ślub i wesele za nami... tzn. za mną, więc mogę już wrócić do blogsfery przepełniony radością i siłą do systematycznego odwiedzania oraz komentowania Waszych pięknych blogów :)!

A teraz zapraszam na nową recenzję :)!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

"Kalejdoskop", czyli mentalna podróż wgłąb własnej duszy...


OPIS :
(pochodzi z okładki)

""Kalejdoskop" opowiada o szarym i schematycznym życiu młodego człowieka, który czuje się samotny i pragnie odnaleźć swoje własne miejsce na świecie. Pomimo medycznie stwierdzonej depresji, rodzice nie są w stanie zapewnić mu poczucia bycia kochanym i zauważanym. Jedyną odskocznią od melancholijnej egzystencji jest znajomość z niekonwencjonalnie myślącym kolegą Arturem. Pod pretekstem odnalezienia czegoś więcej, młody człowiek decyduje się na odbycie podróży, która, za sprawą przedawkowania narkotyku, okazuje się być wielką i złożoną konfrontacją dotychczasowego życia bohatera z jego prawdziwą naturą...

Wnikliwa i pełna alegorii opowieść o ucieczce przed samym sobą. Miejsca, do których trafia główny bohater, stają się pretekstem do zadania wielu bardzo ważnych pytań, i skłaniają do prób udzielenia na nie odpowiedzi. Te jednak rzadko bywają jednoznaczne, a autor pozostawia rozważenie każdej z nich czytelnikowi..."


Od samego początku, gdy zetknąłem się z tą pozycją nie miałem bladego pojęcia, od której strony do niej podejść i w jaki sposób się za nią zabrać... Odpowiedź może wydawać się banalnie prosta, wystarczy siąść (za przeproszeniem) na dupie, otworzyć książkę i zacząć czytać... Jednak tutaj nie było tak prosto...
Jednym z powodów, dla których bałem się zawodu po lekturze "Kalejdoskopu" był gatunek tegoż utworu. Jeśli choć po części przeczytaliście powyższy OPIS to możecie się domyślać, iż jest to typowa "obyczajówka". I nie mylicie się, lecz tylko w połowie, gdyż ona nie jest znów taka typowa... 

Jak powszechnie wiadomo każdy za czymś dąży. Każdy szuka swojego małego Idaho. Każdy pędzi przed siebie... W dzisiejszych czasach nikomu nie jest dobrze, jak być powinno, a zawsze jest źle, zawsze jest fatalnie, zawsze jest beznadziejnie... Jak to mówi Stephen King: "pieprzone "zawsze"!". Narzekanie było, jest i nadal będzie przypisane człowiekowi wraz z jego narodzinami.
Główny bohater "Kalejdoskopu" - nastoletni chłopak, którego imienia nie znamy, również skazany jest na nieszczęśliwe, szare życie pełne żalu, lamentu i biadolenia. Podobnie jak my poszukuje... co tu dużo mówić, po prostu szczęścia. Jego największym marzeniem jest bycie człowiekiem spełnionym i szczęśliwym. A, że marzenia się spełniają...

"Nic tak nie łączy ludzi jak wspólny smutek..."

Nasz zdesperowany bohater poznaje swojego nowego, a właściwie jedynego, przyjaciela - Artura, który zachęca go do wspólnej ucieczki od wyblakłej codzienności. Nastolatek pomimo oporów daje się namówić na podróż swojego życia, zostawiając za sobą przykrą przeszłość. Celem ich wycieczki okazuje się być Szczęście, miejsce, poszukiwane przez całą ludzkość od zarania dziejów, podzielone na trzy główne dzielnice: Miłość, Szaleństwo oraz Nienawiść, zmieniające swoje ustalone reguły w mgnieniu oka jak w kalejdoskopie. Każdą z nich zamieszkuje całkowicie odmienna grupa mieszkańców, którzy wcielając się w przewodników oprowadzają naszych bohaterów po ów dystryktach. Niekiedy pogodnych i spokojnych, a czasami wręcz przeciwnie... mrocznych i tajemniczych. Lecz co pchnęło dwójkę przyjaciół do ucieczki od realnego świata? Chęć poznania prawdy - jak to jest być człowiekiem kipiącym szczęściem, ot co. Jednak całą resztę historii pozostawiam Wam do samodzielnego odkrycia, Drodzy Czytelnicy :)! Więcej niestety nie mogę spoilerować ;).

Niestety nigdzie nie mogłem znaleźć fotki
autora, więc... :D
Muszę powiedzieć, że z każdą kolejną przeczytaną stroną "Kalejdoskop" przypominał mi coraz bardziej znakomity utwór Antoine de Saint-Exupéry'ego: "Mały Książę". Może było to spowodowane co rusz pojawiającymi się ważnymi przesłaniami, lub też odwiedzanie przez głównego bohatera licznych miejsc i różnych ludzi o odmiennych osobowościach przywołało moje wspomnienia związane z tą lekturą. Zresztą nieważne! Ważne jest to, jak już mówiłem, że aktualnie recenzowana przeze mnie książka zawierała w sobie co rusz ważne przesłania, z których można by było zrobić całkiem niezłą kolekcję cytatów i złotych myśli. Część z nich możecie przeczytać właśnie w tym poście (jbc. cytaty to są te teksty w recenzji napisane kursywą, w cudzysłowie i na kolorowo ;p).


"(...)- Są ważniejsze rzeczy niż bycie szczęśliwym - w charkliwym głosie zabrzmiała gorzka nuta.
- Jak na przykład?
- Pozostanie sobą..."

Książkę tę czytało mi się zadziwiająco szybko, jak sądzę nie tylko dzięki lekkości pióra autora, ale wąsko rozstawiona treść, masa rozdzialików i podrozdzialików też robiły swoje. Uważam, że gdybym porządnie wziął się do jej czytania (czyli za jednym "posiedzeniem") to zajęłaby mi zaledwie parę godzinek ;). Także można ją spokojnie przełknąć pomiędzy jakimiś grubaśnymi tomiszczami jako lekkostrawną przystawkę ;D.

Jednakowoż nie mogę dodać tej książki do swojej alei utworów ulubionych. Według mnie była zbyt ?ciężka? i trudna w odbiorze, co nie znaczy, że kamieniuję ją bez żadnego okazania skruchy. Po prostu nie moje klimaty ;). Z pewnością nie polecam "Kalejdoskopu" osobom, które wpadły w mega depresję, ponieważ ta pozycja mogłaby Was jeszcze bardziej przytłoczyć ;p.
A co do oceny to jest taka a nie inna ("inna", czyli niższa) dlatego, że spektakularne zakończenie podbiło punktację o całego melona ;D. Pod koniec moja wyobraźnia wreszcie mogła dać z siebie wszystko ;).


"Pierwszą rzeczą, którą zawsze robiłem po przyjściu do domu, było włączenie telewizora.
Dom, w którym cały czas jest włączony telewizor, wydaje się odrobinę mniej nieżywy.
Drugą było włączenie komputera.
Jeśli nie ma cię w internecie, to nie ma cię w ogóle.
A wszyscy przecież tak bardzo chcemy być..."

POZDRAWIAM :)!

PS: Wiem, że miało być coś extra, lecz czas - mój wróg i w żaden sposób nie mogłem przyspieszyć swoich planów na tego 102 posta. Ale jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli to już niedługo może się tu wydarzyć coś fajowego świetnego niecodziennego bajecznego dziwnego ;P. Trzymajcie kciuki, żeby się udało ;3.

01 sierpnia 2013

"Harry Potter i Komnata Tajemnic" - Joanne Kathleen Rowling

"Harry Potter i Komnata Tajemnic", czyli jaka tajemnica skrywa się za masywnymi murami Hogwartu...

Jestę artystę, bo(ę) robię artystycznę zdjęcię :)

OPIS :
(pochodzi z okładki)

"Harry Potter jest uczniem Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
(...)Musi się zmierzyć z przerażającym potworem z Komnaty Tajemnic na zamku Hogwart. Otworzyć tę komnatę mógł jedynie prawowity dziedzic Slytherina, a wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności podejrzenie pada na Harry'ego... W dodatku jeden z najbliższych przyjaciół bohatera znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kto naprawdę wypuścił potwora? Jaka była przeszłość Hagrida? Jakie sekrety skrywa rodzina Malfoya? Odpowiedzi na te pytania szukajcie w drugim tomie przygód Harry'ego Pottera..."


Nareszcie zabrałem się za tę pozycję. Nie powiem, ale nieco odrzucało mnie od tego całego cyklu z Harrym Potterem na czele, ponieważ ponownie obawiałem się zawodu i nieusatysfakcjonowania (jak to już miało miejsce przed przeczytaniem pierwszego tomu), spowodowanego "dziecinnością" tejże serii. Na szczęście jednak kolejny raz przełamałem "pierwsze" lody i pełną gębą mogę powiedzieć, że strzał w ten utwór, był strzałem w dziesiątkę ;)!

"Harry Potter i Komnata Tajemnic" to już drugi tom bestsellerowej serii czytelniczej, która podbiła serca milionów czytelników i przywróciła do łask tak zwaną "literaturę młodzieżową", która nie tak dawno temu chyliła się ku upadkowi. Mówiąc krótko Pani Rowling odnowiła wiarę w magię ;P.

Po wydarzeniach z pierwszej części cyklu, tytułowy Harry wraz ze swoją dwójką najbliższych przyjaciół - Ronem i Hermioną - ponownie zawitał w progi przepełnionego magią zamku Hogwart na swój drugi rok nauki w tejże szkole czarodziejów. Wszystko zapowiadało się całkiem przyjemnie, jednak do czasu... Do czasu, gdy w Hogwarcie na jednym z wielu korytarzy odnaleziono spetryfikowaną Panią Norris - kotkę szkolnego woźnego. Spetryfikowaną, czyli (nie, nie mam na myśli wypatroszoną :P) dosłownie zatrzymaną w czasie, innymi słowy zamrożoną, znieruchomiałą... odtąd na zamku zaczynają się pojawiać coraz większe liczby ofiar Nieznanego. Na nieszczęście jeden z przyjaciół głównego bohatera ginie w niewyjaśnionych okolicznościach... Niestety nawet nie wiadomo kto stoi za tymi okrutnymi zbrodniami. Lecz jedno jest pewne - ów zbrodniarz już od setek lat żył w tej szkole w miejscu, do którego dostać się może jedynie prawowity dziedzic Slytherina - jednego z czterech założycieli Hogwartu. Tym miejscem jest tytułowa Komnata Tajemnic, skrywająca w swoim wnętrzu bestię zdolną do mordu wszystkich mieszańców i szlam, znajdujących się w zamku...

Źródło zdjęcia autora: LINK


Jednak czym, lub kim są wspomniane szlamy!? Kto stoi za atakami na mieszkańców szkoły!? I wreszcie czy trójka przyjaciół rozwikła zagadkę zamkniętej od wieków Komnaty Tajemnic!?



Muszę Was zmartwić, ale poznanie odpowiedzi na powyższe pytania ściśle wiąże się z poznaniem recenzowanej przeze mnie lektury, więc chcąc, nie chcąc tę książkę trzeba przeczytać ;)!






"- Ale dlaczego musiała polecieć do biblioteki?
- Bo ona zawsze to robi - powiedział Ron, wzruszając ramionami. - Nie pamiętasz? Kiedy masz jakieś wątpliwości, idź do biblioteki..."

Jak już wspominałem "Harry Potter i Komnata Tajemnic" był strzałem w dziesiątkę. Takiej lekkiej lektury właśnie było mi trzeba na ten (kończący się już... no może jeszcze trochę ;D) okres wakacyjny. Czytałem ją z zapartym tchem (mimo, że znałem już fabułę z ekranizacji) i wypiekami na twarzy mówiącymi: "Dalej, nie przestawaj czytać! A spróbuj mi tylko odłożyć na bok tę książkę, gnojku!"

Historia w drugim tomie znacznie rozwinęła się w porównaniu z pierwszą częścią. Więcej zagadek, więcej przerażających momentów, więcej wciągającej akcji... Słowem: więcej i lepiej! Według mnie cały cykl "Harrego Pottera" jest idealnym przykładem niekończącego się wzrostu apetytu czytelniczego. Z każdym tomem chęć przeczytania następnego wzrasta o jakieś 100 procent, dzięki czemu takie serie zdobywają sobie zatrważające ilości wiernych fanów. No i oczywiście ogłaszam oficjalnie, że i ja się do nich zaliczam :).
Nie dość, iż Joanne Rowling posiada dar do pisania to jeszcze jakby tego było mało dysponuje wielkim talentem do wprowadzania swoich czytelników w głód narkotyczny, zmieniający ich w istne zombie, które nie spoczną póki nie wstrzykną sobie kolejnej dawki narkotyku, w tym przypadku kolejnej części przygód Harrego ;).

Komu ją polecam? Odpowiedź brzmi WSZYSTKIM! Tutaj wiek, płeć, poziom cukru we krwi czy nawet ilość włosów na klacie nie mają żadnego znaczenia. Potter jak wciągał każdego tak nadal go wciąga. Mile spędzony czas z tą książką gwarantowany! Jednak ostrzegam, że akurat w tym cyklu wszystkie części są ze sobą ściśle powiązane i nie ma żadnej mowy o przeskakiwaniu poszczególnych tomów, w celu przeczytania następnego.
Tak więc jeśli jeszcze nie zabrałeś się za magiczną serię o magicznym chłopcu i jego magicznych przyjaciołach, zmagającymi się z magicznie niemożliwymi problemami w ich magicznym świecie to z całego serca polecam Ci sięgnięcie po znakomitego "Harrego Pottera" :D!

Linki do recenzji poprzednich tomów:
"Harry Potter i Kamień Filozoficzny"



"(...)To nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności..."

POZDRAWIAM :)!

PS: Jeżeli dobrze liczę (a nie obiecuję, że tak jest) to ta recenzja jest moim 101 opublikowanym postem ;p! Jeeeej cieszmy się i radujmy się... z mojej głupoty, że w ocknąłem się o jeden post za późno, ale walić to! Było 101, a nie 100 dalmatyńczyków, więc już jest jakiś plus...

PS2: Nie, ja tak samo jak Wy nie mam bladego pojęcia o co mi chodziło z tymi dalmatyńczykami :D. Również żyję w niepewności ;P.

Copyright © Melon dotcom Published By Gooyaabi Templates | Powered By Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com