29 lipca 2013

Nie niszcz książek - używaj zakładek!


Witam Was serdecznie :)!

Całkiem niedawno, bo 20 lipca bawiłem się w pewną zabawę blogową ("NIEnawidzę"), do której zaprosiła mnie Weronika, a dziś w godzinach popołudniowych Basia z Czytelni postanowiła nominować mnie do swojej (tzn. w 1/3 swojej ;p) nowej zabawy :D.
Jestem rozchwytywany jak ciepłe bułeczki, jednak jako, że nie za bardzo mi się widzi publikowanie częściej niż w raz w miesiącu tego rodzaju postów to postanowiłem jej grzecznie odmówić za zaproszenie...

Nie no coście ludzie :P! Oczywiście, że żartuję i oczywiście, że z miłą chęcią przyjmę nominację :D!
Swoją drogą zabawa wydaje się i zapewniam Was, że jest przednia...

Aaaaaale ja tak tradycyjnie już pieprzę na wstępie dlatego kończę i zapraszam do wspólnej zabawy :).


Lecz o co w tym wszystkim chodzi, czyli parę zasad i informacji na początek...

W zabawie „Nie niszcz książek – używaj zakładek” może wziąć udział każdy. Aby do nas dołączyć, opublikuj na swoim blogu post o Twoich ulubionych lub wymarzonych zakładkach, następnie zaproś do zabawy siedmiu innych blogerów. 
Miłej zabawy!

Pod każdym zdjęciem znajduje się krótka informacja dotycząca omawianej fotki. Wypisane numerki odpowiadają numerkom na fotografiach!


Tak oto przedstawia się jakieś 90% mojej kolekcji zakładek... przepraszam, przedmiotów, które służą bądź służyły mi za zakładki :D. A 90% dlatego, że nie jestem w stanie się wszystkiego doszukać w mojej chałupie... normalnie wszystko mi ginie w niewytłumaczalny sposób O_o.


1 - Nie, to nie są oryginalne książki... to ich miniaturowe okładki wydrukowane i wklejone na tekturkę :P. Nie mam bladego pojęcia po co mi są, ale... Ja chyba jestem coraz głupszy :D.

2 - W sumie nie tak dawno moja karta biblioteczna służyła mi za zakładkę... Przypuszczam, że kiedyś i Wy korzystaliście z niej w taki sposób ;P.

3 - Karty, zwykłe karty do gry idealnie nadają się na zakładki :).


4 - Jakby ktoś nie zauważył co to za zagadka to podpowiem, że to taka materiałowa zakładeczka, przyszywana do zgrzewu książki... Chodzi mi tu ogólnie o tego typu zakładki już "w zestawie" ;).

5 - Zakładka prawdopodobnie z empiku (to był taki dodatek do nagrody w konkursie u Sióstr w bibliotece), przedstawiająca murzyna (nie jestem rasistą, po prostu stwierdzam fakty :P) i kawałek jakiegoś domciu... fascynujące :P.

6 - Ta zakładka była w zestawie z książką "World War Z"... jest świetna ;3!

7 - Z kolei ta zakładka zrobiona była przez mojego brata już wieki temu, ale jakoś się znalazła ;P.

8 - To pierwsza z moich zakładek, których używałem na początku swojego narkotycznego czytania książek :D. Zrobiona specjalnie pod "Igrzyska Śmierci"... aaaale jakaś taka zbyt kolorowa ;).


9 - Banknoty... chyba każdy ich używał jako zakładki... chociaż mogę się mylić :P. Ale wybrałem tylko dziesiątkę, żeby Was nie przestraszyć, jaki to ja jestem bogaty i jak wielkie nominały posiadam... HAHAHAHA :D.

10 - Wąsiki, zrobione własnoręcznie, ale mało używane. Zbytnio wystawały z książki i się zaginały ;).

11 - Płyta... podobnie jak banknot, jest idealnym zamiennikiem zakładek :D.

12 - A to takie zielone z dwoma biedronkami to drewniana zakładeczka, reklamująca moje miasto... Jednak nie używam jej, bo mocno wygina kartki, a ja NIEnawidzę zniszczonych książek ;p.


13 - Pocztówka z muzeum dziwostek w Niemczech. Jest taka fajna, bo hipnotyzuje człowieka jak się nią kręci na boki... Może to przez nią mam problemy z głową!? Nieeeeee, na pewno nie... idę sobie jeszcze pokręcić :D.

14 - Moja chluba, którą używałem najdłużej i daj Boże, żeby służyła mi jeszcze dłużej ;p. Magnetyczna zakładka znad morza - przedmiot pożądania przez Basię ;).

15 - Jakiś ptak z origami... Jak pociągnie się za jego końce to wygląda jakby machał skrzydłami... LLLLLLove it ;3!

16 - Kolejne origami, ale tym razem motyl... Jest trochę powyginany, bo miał trzeci poziom trudności na cztery, więc pracy było z nim nie mało :D.

17 - Najczęstszy zamiennik zakładki - palec, to fantastyczny przytrzymywacz kartek na krótki czas ;).


18 - Najnudniejsze, aczkolwiek prawidłowo wykonujące swoje zadanie zakładki książkowe... Kilka z Puław, parę z Lublina, multum ze szkół i jakaś... tabliczka mnożenia O_o. Jbc. mam ich całe sterty, ale wziąłem tylko po jednej do zdjęcia ;P.

I jeszcze specjalnie dla Basi przygotowałem pewną niespodziankę ;)...


TADA, Twoja upragniona sesja zdjęciowa ;3!

Do zabawy nominuję (całkowicie losowo):


No, to pora chyba kończyć... więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko powiedzieć Wam:

POZDRAWIAM :D!

26 lipca 2013

Trawienie Melonowych Myśli #4


"Zatracanie się w światach przedstawionych"

Witam Was ponownie moi Drodzy i całuję wszystkich po kolei :)!

Miałem dzisiaj wstawić recenzję "Harrego Pottera i Komnaty Tajemnic", ale że jak zwykle nie pomyślałem wcześniej i nie zrobiłem za dnia zdjęć książki do tego mixa czterech zdjęć, którego zawsze wpierdzielam do recenzji (ale sam nie wiem dlaczego), to niestety czy stety postanowiłem dodać kolejne Trawienie tak w zamian, więc będziecie musieli znów wysłuchiwać mojego gadania od rzeczy... No chyba że ktoś nie chce i przyszedł tu tylko pośmiać się z mojej idiotycznej twarzy to proszę bardzo, żyjemy przecież w "wolnym" kraju "wolnych" ludzi. Życzę przyjemnej radochy!

Lecz powróćmy do utraconego wątku...
Tematem dzisiejszego T.M.M. będzie "Zatracanie się w światach przedstawionych".
Jak powszechnie wiadomo czytelnik (czyli poniekąd my recenzenci... tzn. Wy RECENZENCI, a ja """recenzent""") za każdym razem, gdy zabiera się za coś (nie ważne co) do czytania całkowicie się w tym zatraca i zapomina o Bożym świecie. Można nawet powiedzieć, że "wchodzi" w treść. Jednak, żeby zabić Wasze wszelakie niepoprawne domysły od razu w zarodku (jestem zabójcą O_O!!!), powiem, że nie mam teraz na myśli roztrząsania tematu jakości wykreowanych światów literackich przez pisarzy, a jedynie chodzi mi o Waszą systematykę tego, wcześniej wymienionego, zatracania się w nich.
Spróbuję to uprościć posługując się przykładem mojej skromnej osoby, bo chyba bardziej zaplątałem... jak zwykle :)...

Zawsze, gdy zabieram się za jakąkolwiek książkę muszę mieć przygotowany przed sobą przynajmniej krótki okres wolnego czasu. Jeżeli tego nie ma to nawet nie mam zamiaru spoglądać na ten utwór, ponieważ nienawidzę czytać tak na chybcika, rozumiecie o czym mówię. Po prostu potrzebuję spokoju, a nie, że zaraz ktoś mi przerywa pytając np. o to, co chcę na kolację ;P. Albo mam nieplanowane wcześniej zadanie posprzątania pokoju, a akurat zacząłem czytać. Wtedy krew jasna mnie zalewa, że ktoś po chamsku wyrywa mnie od książki, a w zasadzie mógłbym metaforycznie powiedzieć, iż wyrywa mnie z książki ;D.

Przypuszczam, że teraz nieco rozjaśniło się Wam w Waszych pięknych i mądrych główkach oraz mam nadzieję, że odebraliście mój przekaz prawidłowo :).

A teraz zwracam się do Was z pytaniem...

Jak często i na jak długo zabieracie się za książkę w trakcie dnia!? Czy "na żywca" kiedy popadnie, czy z dużym zapasem wolnego czasu!?

POZDRAWIAM I ZAPRASZAM DO TRAWIENIA W KOMENTARZACH :)!

24 lipca 2013

"Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa" - Clive Staples Lewis

"Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa", czyli jak niesamowity świat może się kryć za drzwiami przestarzałej szafy...


OPIS :
(pochodzi z okładki)

"Nieznany świat czeka za drzwiami - trzeba je tylko otworzyć.
Narnia - skuta wiecznym mrozem kraina, która czeka na wyzwolenie. Czworo śmiałków wchodzi przez drzwi szafy do Narnii, świata zniewolonego mocą Białej Czarownicy. I gdy prawie nie ma już nadziei, powrót Wielkiego Lwa Aslana staje się zwiastunem zmian - ale nie za darmo..."

Całą swoją przygodę z Narnią rozpocząłem dokładnie w 2005 roku. Wtedy to mały Melonek, uczęszczający wówczas do podstawówki, wybrał się ze swoją klasą do kina na film o przedziwnym tytule... "Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i stara szafa" - taką nazwę nosiła ów produkcja. Po ponad dwugodzinnym seansie pełnym "ochów" i "achów" Melonek sam zapragnął się znaleźć w świecie, w którym zwierzęta mówią ludzkim głosem, potężne lwy trzymają pieczę nad swym królestwem, złe czarownice buntują się wobec systemowi władzy, a na rozległych terenach lasów i łąk toczą się epickie bitwy pomiędzy dobrem a złem...

Niestety nie było mu to pisane, gdyż (jak się domyślacie) nie było to w jakikolwiek sposób możliwe... aż do teraz...
Po 8 latach (o matko zaraz będzie okrągła rocznica ;3) nudnej, ziemskiej codzienności dojrzały już Melon (HAHAHAHAHA) miał możliwość ponownego wkroczenia w magiczny świat, jakim jest Narnia. A wszystko to (bo Ciebie kocham! I nie wiem jak bez Ciebie mógłbym żyć (OIJEEE)! Chodź pokażę Ci czym moja miłość jest! Dla Ciebie zabiję się... zaraz... czemu ja śpiewam "Ich Troje"!?) dzięki pierwowzorowi literackiemu autorstwa C.S. Lewisa, który ostatnio miałem przyjemność czytać.

Biorąc pod uwagę samą ekranizację tegoż utworu to powiem, że liczyłem na wiele. Na wartką akcję, idealnie wykrojonych bohaterów oraz na rozweselające sytuacje, jak również te wzruszające... Jednak otrzymałem to tylko w pewnym stopniu. A w jakim? Zapraszam do dalszej części posta...

Źródło zdjęcia autora: LINK

Fabuła "Opowieści...", jak to w każdej bajce dla dzieci, skupia się głównie na walce dobra ze złem. Jest to prosty schemat, charakteryzujący się przewagą zła na samym początku utworu, późniejszych momentach przełomowych, aż wreszcie dochodzi do wygranej po stronie dobra. Tutaj było podobnie. Oczywiście autor posłużył się tym modelem, aczkolwiek dzięki swojej wyobraźni ubrał go w nieco odmienne ciuszki, których jeszcze żadna dotychczasowa książka (tego pokroju) nie posiadała. Stworzył coś innego, nowego. A mianowicie połączył bajkę zawierającą morał, przeznaczoną dla małych dzieci z doskonałym fantasy.




Książka opowiada historię pewnej czwórki rodzeństwa: Piotra, Zuzanny, Edmunda i najmłodszej z nich Łucji. Wyruszają oni w podróż do odległej od swojego rodzinnego domu posiadłości w spokojnej i cichej okolicy. Mówiąc posiadłości mam na myśli niewyobrażalnie ogromny dom z mnóstwem pokoi. Było ich tak dużo, że nawet sam Profesor, który jest gospodarzem ów posiadłości, nie odwiedził ich wszystkich.
Pewnego deszczowego dnia, podczas którego dzieci zamiast bawić się na zewnątrz musiały przebywać w budynku, maleńka Łucja weszła do jednego z licznych pokoi. Nic by nie było w tym dziwnego, lecz akurat w tym pomieszczeniu kryło się coś tajemniczego. Pośród pustki, która ogarniała cały pokój znajdowała się tylko jedna duża szafa. Zaciekawiona dziewczynka nie oglądając się za siebie otworzyła jej wielkie, drewniane drzwi i po chwili wskoczyła do jej środka... Tam czekał już na nią magiczny świat pełen dziwów i stworów, o jakich nawet nie śniliśmy.
Gdy później cała czwórka rodzeństwa przeszła do Narnii przez przestarzałe drzwi szafy, dopiero wtedy poznali swój prawdziwy cel pobytu w tej krainie. Ich zadaniem było wyzwolenie jej spod rządów okrutnej i przepełnionej złem Czarownicy, która sprowadziła niekończącą się zimę, dającą jedynie zimno i smutek mieszkańcom owego fantastycznego świata. Od tego właśnie momentu rozpoczyna się cała przygoda z Narnią dla czwórki rodzeństwa...

Lecz czy dzieciom uda im się powstrzymać okrutną Czarownicę!? I czy do Narnii ponownie zawita długo wyczekiwana wiosna!?

Jak zwykle po odpowiedzi odsyłam Was do lektury tejże pozycji :).

"Zło zostanie naprawione,
Gdy w tę Aslan przyjdzie stronę;
A gdy głośno on zaryczy,
znikną smutki i gorycze;
A gdy zębem wkoło błyśnie,
Zimę nagła śmierć uściśnie,
A gdy grzywą złotą wstrząśnie
Da początek wiecznej wiośnie..."

Mało kto wie, że popularne dzisiaj "Opowieści z Narnii" powstały w 1950 roku. Powiem szczerze, że sam byłem mocno zdziwiony jak się o tym dowiedziałem. Wszystkie postacie, występujące w tej książce, są tak "aktualne", że normalnie mózg wysiada. Jak widać nic się nie zmieniliśmy od tamtego czasu ;P.

Lewis zadedykował tę powieść dla swojej chrześnicy Lucy (dlatego jedna z głównych bohaterek książki nazywa się Łucja), jednocześnie podkreślając, że jest to bajka specjalnie dla niej napisana. Swoją drogą chciałbym mieć takiego ojca chrzestnego, który pisze dla mnie bajki :D.

Jak już wspominałem liczyłem na dość wiele po obejrzeniu ekranizacji, lecz otrzymałem (krótko mówiąc) bajkę. Normalną bajkę, gdzie na małych dzieciach ciąży ogromne brzemię wyzwolenia świata od zła. Owszem, mówiłem również, że jest to dobre fantasy, natomiast nadal zawiera w sobie wiele cech bajki. I właśnie przez nie mój komfort czytania "Opowieści..." nieco podupadł. Nie okłamujmy się, ale ja czasy zagłębiania się w czarodziejskie historyjki dla maluchów mam już za sobą i nie za bardzo kręcą mnie takie tematy. Dlatego czułem niemały dyskomfort. To był mój taki niespodziewany skok w przeszłość. To tak jakbyście wskoczyli do basenu i oczekiwalibyście cieplutkiej wody, a ona na przekór była lodowata. Tak samo było tutaj: liczyłem na silną powieść FANTASY, a dostałem bajkę z "fantasy".

Co do czytania to ta książka dosłownie sama się czytała. Pochłaniałem strony z prędkością światła stopniowo zagłębiając się w fabule. A gdyby tego jeszcze było mało to do czystej treści "Opowieści z Narnii" mamy dołączoną potężną liczbę zjawiskowych rysunków Pauline Bayens, które umilają nam lekturę. Jedną, przykładową z nich możecie zobaczyć na górze w tym zlepku fotek w lewym dolnym rogu ;P.

Zbierzmy więc wszystko do kupy i podsumujmy...
"Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa" jest pozycją poświęconą nie dla wszystkich czytelników. Jako, że jest to bajka to możecie się domyślać, iż tylko małe dzieci będą miałby większą frajdę z zatracania się w jej treści niż Wy, stare konie :D. Jednakże nie chciałbym nikomu odradzać tejże książki. Po prostu ostrzegam przed niemiłym odczuciem przeczytania niesatysfakcjonującego Was utworu :). Mówiąc "Was", nie mam na myśli żadnych dzieci, dla których "Opowieści..." będą znakomitą podróżą do magicznych krain, gdzie dobro zawsze zwycięża ;)!

Jeszcze co do oceny to proszę ją wziąć tak z przymrużeniem oka. Na pięć melonów oceniłem tę pozycję jako bajkę dla dzieci, a jeśli już wyrośliście z magicznych opowiastek to odejmijcie od tej punktacji jakieś półtora melona i będzie dla Was jak znalazł :).


"Gdy ciało z ciała Adama i kość z jego kości
W Ker-Paravelu na tronie zagości,
Przeminą złe czasy niegodziwości..."

POZDRAWIAM!

PS: Bosz... mam wakacje, a czasu mi brak :/. Więc chciałbym przeprosić za moją małą nieobecność na Waszych blogach w ostatnich dniach, ale jutro (tzn. już dzisiaj ;p) postaram się wszystko nadrobić ;).

20 lipca 2013

NIEnawidzę!


Dobrze by było zacząć posta od przeprosić, więc chciałbym serdecznie przeprosić WSZYSTKIE osoby, które ostatnimi czasy zaprosiły mnie do zabawy "Liebster Blog", gdyż niestety (mimo najszczerszych chęci) nie odpiszę na Wasze pytania. Po prostu było ich tak dużo, że zanim znajdę je wszystkie to mimie jakieś piętnaście wiosen ;).
A odpowiadać tylko na ostatnie zaproszenia też nie wypada, bo wtedy Ci wcześniejsi, którzy mnie nominowali, będą czuli się trochę nie fair :D.
Jeszcze raz przepraszam i OBIECUJĘ, że od teraz będę skrupulatnie zapisywał wszelkie nominacje i zaproszenia, żeby o nich nie zapomnieć :).

Ale dlaczego o tym piszę? A dlatego, że ostatnio otrzymałem pewnego rodzaju "wyzwanie" od Weroniki (czyli szykuje się kolejna zabawa blogowa ;p). Ów wyzwanie polegać miało na wypisaniu głupich rzeczy, które robiłem za czasów swojego dzieciństwa (no proszę, odezwał się stary koń), jednak po wcześniejszych prośbach i groźbach udało mi się zmienić tę zabawę na nieco inną...
Nie wiem dlaczego, ale wybrałem akurat wypunktowanie 8 rzeczy, których nie darzę wielką miłością. A mówiąc dogłębniej - zwyczajnie nienawidzę :). Więc, żeby już nie przedłużać zapraszam Was na poniższą listę znienawidzonych przeze mnie rzeczy!

Wiem, że ten banerek kupy dupy się nie trzyma, ale mi się podoba :D.

1

NIEnawidzę osób, które nie wiedzą, że każde polskie literki (typu "ę", "ą") trzymają ze sobą i się nie mieszają (mówię o zestawieniach z "tą" i "tę")! Zapewne nie wiecie co mam na myśli, ale już rzucam przykładami...
Na przykład zdanie "Moja mamusia kupiła mi tą książkę" jest niepoprawne, a jego poprawna wersja wygląda tak: "Moja mamusia kupiła mi tĘ książkĘ". Po prostu końcówki muszą się ze sobą zgrywać, a nie jedna leci w "ą", a druga w "ę". Tutaj jest tak samo: "Zła kotka podrapała tą Zuzię", a powinno być: "Zła kotka podrapała tę Zuzię"!
Wiem, że wydziwiam jak stara pierdoła, która podrapała Zuzię (tę Zuzię :P), ale zawsze zwracam na to szczególną uwagę. Nazwij mnie idiotą, lecz to mnie razi w oczy :D.

2

NIEnawidzę niekulturalnych ludzi! Chodzi mi tu oczywiście o niektóre "osoby publiczne" - sklepikarki, bibliotekarki, sprzątaczki itp. itd. Większość z tych osób nie dość, że nie rozpoczyna rozmowy od zwrotów grzecznościowych to jeszcze często nie odpowiadają na moje "dzień dobry", czy też "do widzenia" :). Na to jestem cholernie czuły i jak trafię na takiego człowiek to aż mnie krew jasna zalewa i z chęcią przypierdzieliłbym takiemu jednemu z drugą czym popadnie :D.

3

NIEnawidzę podartych i popisanych książek z biblioteki! Wandalom książkowym jednogłośnie mówimy NIE!

4

NIEnawidzę osób "hop do przodu"! Zapewne spotkaliście się nie raz z takowymi. Oni są dosłownie wszędzie! Do tejże grupy zaliczyć można "przywódców" jakichkolwiek grup, lovelasów, pyskate pindy i wiele innych dziwaków, uważających się za chodzące bóstwa :P.

5

NIEnawidzę zbierać porzeczek ani malin! Wszystkie inne owoce (czy chociażby warzywa) mogę zbierać całymi dniami, ale na te dwa nawet patrzeć nie mogę jak wiem, że muszę je zrywać.

6

NIEnawidzę blogerów, nieodpowiadających na komentarze ;D! Wiecie o czym mówię. O takich osobach, które odpowiadają tylko na sporadyczne pytania w komentarzach na swoich blogach. W takich sytuacjach aż odechciewa się cokolwiek pisać, gdy wiadomo, że "gospodarz" i tak nie odpowie :p. I nie chodzi mi o jakieś rozbudowane zdanie złożone, przepełnione czasownikami i rzeczownikami, ale o nawet króciutkie "Mhm, też tak uważam" ;D. Dzięki temu wiem, że bloger szanuje swoich czytelników, a nie olewa ich zdanie w komentarzach :).

7

NIEnawidzę bogaczy, którym kasa aż ulewa się z ry*a. I nie ze zwykłej nienawiści, ale z tego powodu, że najczęściej nie zasmakowali w prawdziwej pracy dającej korzyści tylko mają swoich "bogatych tatuśków". Jedynie leżą do góry brzuchem i patrzą spode łba na "plebs". Kijem im w mor*ę to zdecydowanie za mało :).

8

NIEnawidzę kotów! To znaczy jako milusińskie przytulanki są całkiem fajne, ale za swoje lekceważące człowieka zachowanie należy im się porządne lanie (jeju, co ja tak chcę wszystkim wpieprzyć :P?). Powinny się uczyć od psów, a dopiero potem nazywać się naszymi przyjaciółmi :P.


No dobra, był czas na słowne wyżywanie się, był czas na groźby (mordo)bicia, było wymienianie znienawidzonych przeze mnie rzeczy, ale kiedyś w końcu trzeba skończyć i się uspokoić. Calm down i do przodu :). Chociaż mógłbym tak się rozpisywać i rozpisywać, jednak jak trzeba osiem to niech będzie osiem ;D.

Jeszcze na zakończenia chciałbym nominować to tejże zabawy parę osób ;). Wiem, że niekulturalnie tak wybierać sobie kogo zaproszę, a kogo nie dlatego poniżej nominuję zupełnie losowe osoby z listy blogerów, których strony namiętnie odwiedzam :).

Do zabawy "NIEnawidzę!" zapraszam ośmiu właścicieli blogów (lista jak najbardziej alfabetyczna ;p):

soy-como-el-viento.blogspot.com

...lecz jeśli powyżej nie znalazłeś linka do swojej strony a pragniesz się "pobawić" w "NIEnawidzę" to czuj się równie nominowany ;3! Zapraszam wszystkich chętnych :)!

POZDRAWIAM :)!

18 lipca 2013

"World War Z" - Max Brooks

"World War Z", czyli trzecia wojna światowa... tym razem z zombie...


OPIS :
(pochodzi z okładki)

"Najpierw w Chinach pojawia się pacjent "zero zarażony dziwną i nieznaną chorobą, która powoduje niespotykaną dotąd degenerację ciała i późniejszą reanimację zwłok. Wkrótce z całego świata zaczynają napływać kolejne doniesienia o podobnych przypadkach. Rządy wielu państwa ignorują zagrożenie i skrywają prawdę przed obywatelami. A ta jest szokująca - po całym globie z prędkością błyskawicy rozprzestrzenia się śmiertelny wirus zmieniający ludzi w żywe trupy żądne krwi...

Tak zaczęła się pandemia, którą przetrwali nieliczni. Swiat po globalnej hekatombie stał się budzącym grozę i brutalnym miejscem pozbawionym zasad, gdzie można liczyć tylko na siebie. Dzięki Maxowi Brooksowi poznajemy historię z pierwszej ręki, o których dotychczas milczały raporty wojenne..."


Gdy po raz pierwszy mignął mi przed oczami zwiastun ekranizacji książki "World War Z" o tym samym tytule, powiedziałem sobie, że nie spocznę póki nie przeczytam tego bestsellerowego pierwowzoru autorstwa Maxa Brooksa.
Jak widać los mi sprzyjał i dzięki temu mogę dzisiaj zrecenzować dla Was tę znakomitą pozycję :).
A zatem zapraszam...

Wyobraźcie sobie świat dokładnie taki jak nasz. Świat, w którym pewnego dnia dochodzi do dość dziwnego incydentu - pojawienia się osobliwego pacjenta "zero" w Chinach. Ów pacjent, który ongiś był młodym chłopcem zmienił się nie do poznania w krwiożerczą bestię, zdolną do mordu wszystkiego co się rusza...
Od tej pory nic nie będzie takie jak dawniej...
Zarażonych osób pojawia się coraz więcej i więcej... Świat ogarnia niekończąca się panika... Zaki (właśnie ci zarażeni), czy jak kto woli "zombie", stopniowo przejmują kontrolę nad naszą planetą... powoli, ale skutecznie obracając w niwecz rasę ludzką...

Lecz w jaki sposób żywe trupy zdołały podbić świat!? Jak potoczą się losy ludzkości!? I wreszcie czy człowiek zdoła zatrzymać, nadciągającą wielkimi krokami, wojnę totalną!?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań szukajcie w lekturze tegoż utworu, w którym gwarantuję, że się zakochacie jak i ja się zakochałem :D.

"Nie wiem, czy wielkie czasy tworzą wielkich ludzi, ale w ich unicestwianiu są naprawdę doskonałe..."

Źródło zdjęcia autora: LINK


Tak pokrótce prezentuje się fabuła "World War Z". Jednak pierwszą i najważniejszą rzeczą jest to, że ta książka nie jest taką typową powieścią z wszechobecnym i wszechwiedzącym narratorem, opowiadającym całą historię niemalże jednym tchem... A mianowicie jest to reportaż przepełniony wywiadami przeprowadzonymi z ogromną liczbą osób (świadków i uczestników Wielkiej Wojny Zombie) w najróżniejszych zakątkach świata. Od Australii, przez Indie, Izrael, a nawet Czechy, po Grenlandię i Kanadę, dosłownie cały glob (niestety jak na złość autor nie zamieścił w akcji żadnego polskiego miasta :P).




I właśnie według mnie to było jedną z najciekawszych, a właściwie najciekawszą niespodzianką, na jaką natknąłem się w tej pozycji. Ta mnogość postaci oraz opowieści, widzianych z różnych punktów widzenia, sprawia to, że czytelnik w żaden sposób nie ma prawa się wynudzić podczas zagłębiania się w treść książki. Powiem szczerze, że pierwszy raz się spotykam z takim zabiegiem i stwierdzam, iż jest to bardzo ciekawy powiew świeżości na rynku :).

"To natura wojny prowadzonej przez ludzi: obie strony próbują się zepchnąć nawzajem poza granicę odporności i choćbyśmy nie wiem ile bredzili o wojnie totalnej, zawsze gdzieś jest kres wytrzymałości. Chyba że przeciwnikiem jest zombie..."

Co do samej fabuły to Max Brooks niezaprzeczalnie zasługuje na moje niekończące się pokłony. On przemyślał wszystko... dosłownie WSZYSTKO! Każdą nawet najmniejszą pierdółkę dopiął na ostatni guzik. Logika żywych trupów, sposoby ochrony i obrony przed umarlakami, techniki mordowania przez zombie to dla niego betka. Za to należy mu się ogromny plus :)!

Jednak wśród tych wszystkich plusów tejże powieści znalazłem jednego minusa, przez którego na nieszczęście musiałem odjąć te symboliczne pół punktu z pełnej punktacji. Mam tutaj na myśli występowanie zbyt dużej ilości (jak ja to nazywam) "ciężkich słów". Ale co to są te "ciężkie słowa", zapytacie? W przypadku "World War Z" są to między innymi nazwy firm czy organizacji, jakiś tajnych bądź wręcz przeciwnie projektów i planów oraz nazwy wszelkiej maści broni, jak również przyrządów. Czyli mówiąc krótko - za dużo mądrych słów :P. Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Zapewne kiedyś zdarzyło Wam się zetknąć z literaturą przepełnioną wyrazami, do zrozumienia których wymagało się posiadania większej inteligencji, przez co komfort i prędkość czytania znacznie spadał (oczywiście, nie to, żebym był mniej inteligentny :D). Owszem, wiem, że recenzowana przeze mnie książka jest w pewnym stopniu reportażem, a tam od groma jest tego typu słów, lecz tutaj w pewnych momentach był ich po prostu przesyt :).
Tylko nie weźcie tego za to, iż "World War Z" jest książką dla wybitnych myślicieli, czy coś w tym stylu, gdyż tak nie jest w żadnym wypadku :p. Jedynie stwierdzam, że ten "problem" był zauważalny, jednak nie aż w tak wysokim stopniu, żeby od razu rzygać za okno :).

"(...)Czasem kłamstwo nie jest złe. To znaczy, kłamstwo samo w sobie nie jest ani złe, ani dobre. Jest jak ogień: może ogrzać, ale może spalić - zależy od sposobu użycia..."

Podsumowując...
Bestsellerowy utwór "World War Z" autorstwa Pana Maxa Brooksa mogę serdecznie polecić wszystkim bez wyjątku! Jest to książka, w której akcja rozkręca się już od pierwszych stron, pobudzając w czytelniku coraz to większe emocje.
Przemyślana fabuła, wartka akcja, świetnie wykreowani bohaterowie, przerażenie momentami zatrzymujące akcję serca - to wszystko dobitnie opisuje tę pozycję. Jeszcze raz go Wam serdecznie polecam :)!


"To był strach, po prostu przerażający, wszechogarniający strach, i nie trzeba być Sun-Pieprzonym-Tzu, żeby zrozumieć, że na wojnie nie chodzi o to, aby przeciwnika zabić lub choćby zranić. Celem prowadzenia wojny jest przerazić tego drugiego skurwysyna tak, żeby mu się odechciało wojować. Złamać ducha, o to chodziło każdej zwycięskiej armii od czasu dzikusów z twarzami malowanymi w barwy plemienne..."

POZDRAWIAM :)!

17 lipca 2013

Trawienie Melonowych Myśli #3


"Ładne pieniążki"

Tak, wiem... Zapuściłem się jak dżungla amazońska... Już od dawna nie dodawałem żadnego trawienia, ale pragnę to zmienić ;). Teraz prawdopodobnie będę częściej dodawał TMM, jednak mam nadzieję, że nie będziecie z tego powodu jakoś strasznie zawiedzeni, co :P? Przynajmniej będzie bardziej urozmaicone, aniżeli miałyby być same recenzje... Dobra, bo ja tak pierdzielę jak zwykle, a trawienie samo się nie napisze :).

Kasa, forsa, pieniążki, sałata, zielone, bilony, talary, banknoty, kapucha, mamona, szmal, siano, szmalec, monety, hajs, moniaki... tyle określeń dla zwykłego kolorowego papieru i metalowych krążków. Pieniądze, to właśnie one decydują o zamożności każdego człowieka. Jedni mają ich tyle, że mogą ich używać do podcierania tyłka, a inni w ogóle ich nie posiadają.

Jednakże w dzisiejszym trawieniu chciałbym bardziej przybliżyć sprawę ciężkich pieniędzy, którymi musimy płacić za nasze ukochane książki ;P. Według mnie one z dnia na dzień są coraz droższe. Tylko się obejrzymy, a już będziemy bulić za nie dwa razy tyle co dotychczas.

Jeżeli pozwolicie posłużę się przykładem... "Harry Potter i Czara Ognia" w dniu polskiej premiery (2001 r.) kosztował dokładnie 39 zł. Teraz (czyli jakieś 12 lat później) kosztuje on 49 zł (oczywiście mówimy o miękkiej okładce). Czyli jakby nie patrzeć całe dziesięć złotych drożej. Sprawdzałem także ceny paru innych starszych książek, które mam w domu i porównałem z tymi nowymi. Za każdym razem jest do różnica CO NAJMNIEJ sześciu złotych. Owszem to nie jest jakaś wygórowana różnica, lecz weźmy pod uwagę ilość tych książek i dopiero pomnóżmy je przez tę liczbę. Wtedy aż krew jasna może człowieka zalać, że książki (KSIĄŻKI!!!) - przedmioty odchamiające społeczeństwo - mogą teraz tyle kosztować...

A teraz zwracam się do Was z pytaniem...

Czy nie sądzicie, iż książki, będące jednymi z nielicznych dóbr rozwijających nasze umysły, są coraz droższe w naszym kraju!?

POZDRAWIAM I ZAPRASZAM DO TRAWIENIA W KOMENTARZACH :)!

PS: Mistrz photoshopa powraca... Przypuszczam, że już zauważyliście nową grafikę, która od teraz będzie "uprzyjemniać" moje TMM :D. Nie wiem co o niej sądzicie... i boję się wiedzieć... lecz uważam, że jest zdecydowanie lepsza niż poprzednia (gówniana paintowska żółta gwiazdka na czarnym tle z czarnymi literkami "T. M. M." :D).

14 lipca 2013

"Christine" - Stephen King

"Christine", czyli jak wielkie zło może tkwić w całkiem zwyczajnym samochodzie...


OPIS :
(pochodzi z okładki)

"To była miłość od pierwszego wejrzenia. Siedemnastoletni Arnie Cunningham zobaczył Christine i zdecydował, że ona musi należeć do niego. Zafascynowany, nie słuchał ostrzeżeń najlepszego przyjaciela ani swojej dziewczyny, która go w końcu opuściła, pokonana przez rywalkę. Rodzice, nauczyciele i wrogowie Arniego przekonali się, co znaczy stanąć na drodze mściwej i bezlitosnej Christine. Bo Christine to nie kobieta. To siejący zło i śmierć playmouth fury rocznik 1958, samochód widmo..."

Na początku chciałbym wspomnieć (jakby ktoś jeszcze nie wiedział), że w tym roku przypada 30 rocznica od napisania "Christine" oraz "Smętarza dla zwierzaków" przez Stephena Kinga. Tak, to było dokładnie w 1983. Więc z szacunku dla książki jak i samego autora pragnąłbym zaśpiewać dla nich "Sto lat" :).

Sto lat! Sto lat! Niech żyje Stefan z Krystynką nam!
Sto lat! Sto lat! Niech żyje Stefan z Krystynką nam!
Jeszcze raz, jeszcze raz, niech Stefan z Krystynką żyją nam!
Niech żyją nam :D!

Dobra, to wątpliwą część artystyczną mamy już za sobą i dlatego nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaprosić Was na (nie)fantastyczną recenzję fantastycznego utworu "Christine" autorstwa jeszcze fantastyczniejszego Stephena Kinga ;3!

Arnie Cunningham, główny bohater książki, jest typową pierdołą społeczną jakich wiele (o patrzcie Państwo, odezwała się chodząca światłość doskonałości ;p). Kujońskie okulary (sklejone taśmą), pryszczy na twarzy więcej niż mrówków w mrówkowisku, brak przyjaciół, a przynajmniej nieliczna ich ilość, wstydliwość, zamknięcie się w sobie, nadopiekuńczy rodzice - to wszystko charakteryzuje tę (odrębną) część społeczeństwa. Nasz bohater idealnie się do niej zalicza, jednak wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia wraz ze swoim (jedynym) przyjacielem Dennisem, zauważa na poboczu Christine, od razu się w niej zakochując. Odtąd dla Arniego nic nie będzie takie same, całe jego życie odwróci się do góry nogami. Niestety, wbrew wszelkim domysłom, Christine nie jest ani pierwszą lepszą panią spod latarni, ani najładniejszą pięknością, jaką widział świat... Christine to samochód. Plymouth fury z 1958 roku. Samochód, który pod swoją maską skrywa niewyobrażalne zło, zdolne do krwawego mordu... wszystkiego, co mu wpadnie pod koła...

Źródło zdjęcia autora: LINK

Awesome! Po prostu AWESOME!
Nie znam lepszego "niepolszczyźniańskiego" słowa, trafniej opisującego ten utwór! Ale pewnej rzeczy nie mogę sobie wybaczyć... Chodzi mi oczywiście o to, że tak długo odkładałem tę pozycję na tzw. "jutro". Powód był banalny... najbardziej przerażała mnie grubość tejże książki, a jako, że posiadam kieszonkowe wydanie "Christine" (zakupione w Biedronce za bodajże 12 zł) to jej "obszerność" nabrała jeszcze większych centymetrów ;P. Aczkolwiek w końcu przełamałem się, przeczytałem i doznałem mega pozytywnego szoku czytelniczego!
Wiele recenzentów może powiedzieć Wam, iż ten utwór "jest wspaniały", czy "autor naprawdę nieźle się spisał"... Ja natomiast mówię Wam, że Krystynka to CUD SAM W SOBIE! Akcja została ubrana w słowa w mistrzowski sposób, że czytając to, dosłownie czujemy się jakbyśmy tam byli... jakbyśmy na własne uszy słyszeli warkot silnika śmiercionośnego auta...

"Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych. Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone "zawsze"..."

Muszę powiedzieć, że nie za bardzo wierzyłem w to, iż samochód będzie w stanie przerazić mnie w jakikolwiek sposób. Owszem, duchy, potwory, zombie potrafią wystraszyć, ale żeby auto!? Zwykły zlepek polakierowanej blachy!? I teraz mówię, że myliłem się... Christine zrobiła ze mnie siusiumajtka (nieeee tak tylko paplę głupoty... nie zapominajcie, że jestem macho... ta ;p...) równie dobrze jak to robiła cała reszta kingowskich straszydeł. Samochody w niczym od nich nie odstają, biorąc pod uwagę poziom przerażenia... Wszystkie wzbudzają we mnie lęk, spędzający sen z powiek...

"(...)Kropla drąży kamień, lecz potrzebuje na to setek lat, a ludzie żyją krócej..."

Jak możecie się domyślić Pan Stephen nie szczędził tutaj czytelnikowi opisów... Zgadza się, "Christine" jest nimi przepełniona, jednak według mnie to właśnie ów lanie wody jest w Kingu najpiękniejsze. To dzięki niemu zasługuje na swoje królewskie nazwisko ;D. Lecz jeśli jesteś czytelnikiem, który jak dotąd jakimś dziwnym sposobem nie zaznajomił się z wybitną twórczością Stephena Kinga to na początek Waszej (mam nadzieję udanej) znajomości poleciłbym Ci coś krótszego. Myślę, że ten utwór nie jest dobrym kąskiem na "pierwszą randkę" z Królem ;).

"Chyba w tej samej chwili zrozumiałem, co jest najbardziej przerażające w procesie dorastania. Będąc dziećmi, uczymy się żyć, a będąc dorosłymi, uczymy się umierać..."

Co się tyczy zakończenia to tylko i wyłącznie to, iż jest cudowne! Nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji, co było naprawdę miłą niespodzianką. Przez ponad 600 stron Krystynka narozrabiała niemało, lecz to właśnie pod koniec pokazała swoje prawdziwe ząbki. Jednakże całą mroczną tajemnicę tegoż pojazdu zostawiam Wam do samodzielnego odkrycia w książce... jeszcze trochę, a wylałbym z siebie cały strumień spoilerów ;P.

"Kończ waść wstydu oszczędź..."
Podsumowując pragnę z całego serca polecić Wam "Christine" jako niesamowitą lekturę na jakąkolwiek porę dnia. Niezależnie również w jakim miejscu sięgniecie po Kinga. Ważne, że King i tak za każdym razem odwali fantastyczną robotę z Waszą wyobraźnią, zabierając Was w świat pełen niewiarygodnych historii, w którym każda z nich dopięta jest na ostatni guzik. Nie ma mowy o żadnych niedoróbkach. Stephen King to klasa sama w sobie, a ta książka jest tego idealnym przykładem!


"(...)Naszym największym wrogiem jest miłość. - Skinął poważnie głową. - Tak. Poeci kłamią, czasem nieświadomie, a czasem z całą premedytacją. Miłość jest jak morderca. Wcale nie jest ślepa. To kanibal o wyjątkowo ostrym wzroku. Przypomina wiecznie głodnego robaka.
- A co jada? - zapytałem(...).
- Przyjaźń - oświadczył LeBay. - Pożera przyjaźń..."

POZDRAWIAM!

PS: Wiem, że powyższa recenzja (można powiedzieć) wychwala pod niebiosa Stephena Kinga, jednak to nie z mojej winy... Moje dłonie same jakoś tak skakały po klawiaturze ;P.

PS2: Prawdopodobnie moją kolejną zrecenzowaną książką będzie światowy bestseller "World War Z" (kupa zombich, zombich kupa w formie reportażu), więc już teraz chciałbym Was z góry zaprosić na najbliższą recenzję ;)!

PS3: Matko, już w druga w nocy... Melon, pora spać, żeby za parę godzin wstać ;D!

10 lipca 2013

"Kobieta w Czerni" - Susan Hill

"Kobieta w Czerni", czyli poruszająca opowieść zamknięta w czasach angielskiego gotyku...

Czy Wam też się wydaje, że na tym zdjęciu Harry Potter ma nienaturalnie powiększony mózg ;p?

OPIS :
(pochodzi z okładki)

"Spowity mgłą i tajemnicą Dom na Węgorzowych Moczarach góruje nad omiatanymi przez morskie wichry bagnami, odcięty od świata i niedostępny, gdy fale przypływu pochłoną Ławicę Dziewięciu Topielców - jedyną drogę, jaka łączy go z lądem...

Arthur Kipps, młody notariusz z Londynu, przyjeżdża na pogrzeb samotnej właścicielki domu, by uporządkować pozostawione przez zmarłą papiery. Nie wie jeszcze, co wydarzyło się przed laty w domu i na otaczających go bagnach. Nie wie, kim jest kobieta w czarnej sukni, która ukazuje mu się w oddali. Lecz wkrótce odkryje przerażający sekret Domu na Węgorzowych Moczarach i pojmie, jak straszliwą zapowiedzią jest pojawienie się kobiety w czerni..."


Miałem zacząć smutno z ponurą wstawką, jednak ja po prostu tak nie potrafię... Nie potrafię przywitać się z Wami bez wybuchu pozytywnych emocji :)... Więc już bez zbędnego pierdolamento - Witam Was serdecznie Kochani ;3! No, i od razu lepiej się czuję ;P. Mam nadzieję, że przynajmniej po części przekazałem Wam mój radosny, letni nastrój :). Ale przejdźmy może do recenzji, bo to właśnie ona jest tematem przewodnim dzisiejszego posta. Dzisiaj Melon ze swoimi melonami... punktowymi (zboczeńcy :D) ocenia "Kobietę w Czerni" autorstwa angielskiej pisarki, Pani Susan Hill.

Jest w życiu każdego czytelnika taki czas, w którym sięga po książki idealnie wpasowujące się w jego smaczki literackie. Jednakże jest też czas, podczas trwania którego zabiera się za coś, co nijak mu się podoba. Do mnie niestety przyszedł ten trzeci najgorszy okres (okres w znaczeniu czas, podwójni zboczeńcy ;D), charakteryzujący się wielką nadzieją i nawet przekonaniem na dobrą lekturę, a wychodzi z tego... klapa. Więcej na ten temat opowiem w dalszej części recenzji ;).

Akcja utworu rozpoczyna się dość niewinnie...
Pewna angielska rodzinka fajfokloków tradycyjnie jak co roku w wieczór wigilijny zasiada grzecznie przy kominku i po kolei każdy z domowników ma za zadanie opowiedzieć jakąś tajemniczą historię... niekoniecznie zmyśloną...
Na początku wszystko wygląda pięknie. Kochająca się rodzina, miłość i domowe ciepło, zawiązywanie bliższych więzi... Lecz cały czar pryska w momencie, gdy nadchodzi pora na opowieść ojca, dojrzałego mężczyzny, dla którego wysnuwanie tradycyjnych wigilijnych historyjek oznacza skok na głęboką wodę mrocznej przeszłości... Przeszłości, jaka skrywa najokropniejszą i wzbudzającą lęk opowieść...

Źródło zdjęcia autora: LINK

Młody notariusz - Arthur Kipps otrzymuje od swojego przełożonego pewne zlecenie. Musi wybrać się do domu ich zmarłej klientki, żeby uporządkować jej różne (jak to się mówi) papiery. Ten oczywiście zgadza się i wyrusza w podróż do owianego złą sławą Domu na Węgorzowych Moczarach, gdzie zabiera się za swoją pracę... Na jego nieszczęście w odciętym od świata przez przypływ domu nie jest sam... Towarzyszy mu ktoś, kto od wielu lat nawiedza tamtejsze tereny... Ktoś, od wymienienia nazwy którego niejednemu staje włos na głowie... Ktoś, kto zwiastuje okrutną przyszłość... Ktoś, kogo miejscowi zwą Kobietą w Czerni...





Przyznaję, że liczyłem na wiele od tej książki i oczekiwałem dobrej oraz wstrząsająco strasznej lektury. A co dostałem? Utwór, w którym grozy jest tyle co kot napłakał. Muszę powiedzieć, że naprawdę zawiodłem się na nim! A jedyną tego przyczyną była moja nadzieja... Jak nadzieja jest najważniejsza w życiu to tutaj niefortunnie sprawiła mi przykrość. Tak moi Drodzy, gdybym nie oczekiwał od tej książki zbyt wiele to kto wie? Może nawet zaliczyłbym ją do moich ulubionych pozycji?
Największym błędem było wcześniejsze obejrzenie zwiastuna filmowego ekranizacji tejże powieści. I tutaj przestroga dla tych, którzy mają ochotę zabrać się za tę książkę... NIE OGLĄDAJCIE ŻADNYCH TRAILERÓW "KOBIETY W CZERNI" ANI SAMEGO FILMU POD TYM TYTUŁEM, JEŻELI NIE CHCECIE SIĘ ZAWIEŹĆ! W zwiastunie (a co dopiero w samej ekranizacji) ukazane były sceny (multum scen), nie mające żadnego pokrycia w pierwowzorze, ale o filmie może opowiem następnym razem...


Ja rzadko kiedy wymieniam literówki w recenzjach, ale tutaj to już szczyt wszystkiego. Nie dość, że błędów było sporo to jeszcze w nazwie jednego z rozdziałów popełniono pomyłkę i to nie taką ortograficzną, lecz fabularną. Tak jakby tłumacz nie zrozumiał treści utworu ;p. No ludzie, żeby jeszcze w tytule się pomylili na "Kobitę" to byłoby całkowite wiadro z pomyjami :P. Wydawnictwo Amber chyba za bardzo olewa korektę, oczywiście bez obrazy ;).

Mam też mały problem z zakończeniem... Sądzę, że Pani Susan pisała je byleby szybciej. Wiecie jak to jest. Książka opowiada różne, niekiedy ciekawe rzeczy, a tu nagle ni z tego ni z owego trafiacie na zakończenie całkowicie nie pasujące do całości. Tak pach, pach i po sprawie... a u czytelnika pojawia się wielki i połyskujący znak zapytania nad głową z dopiskiem "Co do cholery!?".

Jeszcze pragnę dopowiedzieć, iż ta książka poniekąd przypominała mi, recenzowane już przeze mnie tutaj, kultowe dzieło "Nawiedzony" Shirley Jackson. Tam podobnie autorka nie skupiała się głównie na strachu, ale na wewnętrznych rozterkach bohatera.

Mimo wszystko można również odnaleźć pozytywne aspekty w "Kobiecie..." (haha, fajnie zabrzmiało... mimo wszystko można odnaleźć pozytywne aspekty w kobiecie ;p). Są to m.in.: fantastycznie zarysowany opis ówczesnej, gotyckiej Anglii, stopniowo narastające poczucie strachu jak i cała idea porywającej fabuły.


Zbierzmy już wszystko do kupy i podsumujmy dzisiejszą recenzję "Kobiety w Czerni", której autorką jest Pani Susan (już miałem pisać Collins ;p) Hill.
Chciałbym polecić ten utwór wszystkim tym, którzy szukają w książkach dobrej, lecz nie za mocnej grozy jak również poszukują interesująco zarysowanej fabuły, dzięki której ich wyobraźnia miałaby swoje 5 minut :). Jednak odradzam ją osobom, które już ekranizację tej powieści mają za sobą. Spotkać Was może duży zawód, a tego chyba żaden "czytacz" nie lubi :).


Możecie się dziwić, że ocena jest dość wysoka, ale brałem pod uwagę całokształt, a nie tylko ilość grozy, jaką autorka nam podała na tacy :). A ten pół Melona gratis od firmy "Melon dotcom Sp. z o.o." na zachętę :D.



„Gdy człowiek umiera w gniewie, jego ostatnia wola posiada moc nadprzyrodzoną, w ten sposób rodzi się klątwa...”

POZDRAWIAM :)!

08 lipca 2013

"Zawód: Wiedźma. Część 1" - Olga Gromyko


Mam dla Was dwie wiadomości...

Po pierwsze... Dżigsoł wypuścił mnie ze swojej klatki z litości nad nieszczęśliwym człowiekiem...
I po drugie, co poniekąd łączy się z pierwszym... zawiodłem się na Was... nikt mnie nie kocha :D.

No, ale nic... Było powiedziane, że i tak wrócę, więc wróciłem do cywilizacji cały i zdrowy. Wiem, że nie możecie się nacieszyć z tego powodu (HA haha HA) i dlatego przejdę już do recenzji :).

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

"Zawód: Wiedźma. Część 1", czyli moje pierwsze spotkanie z białoruską fantastyką...



OPIS :
(pochodzi z okładki)

"Z MCV, czyli z curriculum vitae początkującej magiczki
Personalia: Wolha Redna
Adres: aktualnie w delegacji za granicą osikowego lasu, w kraju wampirów
Kontakt: telepatofon
Wiek i stan cywilny: lat 18, panna, jedyna kobieta na typowo męskim wydziale
Umiejętności: postrach strzyg, gwiazda magii praktycznej, autorka rewolucyjnych tez obalających wiekowe mity o wampirach, w tym o czosnku
Cele zawodowe: ściśle tajne, związane z badaniami obyczajów i życia codziennego krwiopijczej społeczności
Wykształcenie: adeptka VIII roku Magii Praktycznej w Starmińskiej Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa
Doświadczenie zawodowe: nabywa, wrzucona na głęboką wodę zagadki, która przed nią pochłonęła 13 ofiar, w tym... kilku magów z doświadczeniem

Nie wyrażam zgody na przetwarzanie moich danych osobowych - W-Redna
Starmin, rok 999
wg kalendarze belorskiego..."


Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować Weronice z bloga "A w pysk chciał?", gdyż to tylko dzięki Niej oraz jej wyzwaniu czytelniczym "Znam sąsiadów" zabrałem się za tę książkę, aktualnie przeze mnie recenzowaną.
A, że mieszkam w Puławach (może ktoś słyszał :P?) to moim najbliższym zagranicznym sąsiadem jest Białoruś. I właśnie ruszyłem na łowy na książkę z tego kraju do mojej biblioteki. Powiem szczerze, że nie znalazłem ich za wiele... Jednak w pewnym momencie moim melonowym oczom objawiła się pewna pozycja, spokojnie sobie stojąca w dziale Fantastyka. Z braku laku zabrałem ją grzecznie ze sobą do domu i pochłonąłem dosłownie na jednym wdechu...

Co o niej sądzę? Czy mogę oznaczyć ten utwór jako jeden z moich ulubionych?
Zapraszam do recenzji...

Jeżeli czytaliście opis, który zamieściłem pod zdjęciem o góry, jak również spojrzeliście na okładkę to pewnie zorientowaliście się, że "Zawód: Wiedźma" zalicza się do grupy książek z większym niż w zwyczajnych pozycjach poziomem śmiechowywuwowywości, wywołującym uśmiech na ustach czytelnika podczas czytania. Czyli (pokrótce) jest to historia z dość dużą dawką zabawnych i rozweselających tekstów. Muszę powiedzieć, że to całkowita prawda, ponieważ nieraz wybuchałem opętańczo-szaleńczym śmiechem, czytając ten utwór. A mnie trudno roześmiać... dobra, żartuję... potrafię się śmiać z byle czego, ale my nie o tym i nie teraz...

Fabuła zarysowuje się mniej więcej tak...

Źródło zdjęcia autora: LINK

W Dogewie, kraju zamieszkiwanym przez wampiry dzieją się niedobre rzeczy. Co jakiś czas giną tam niewinni ludzie w nie do końca wyjaśnionych sytuacjach. Nie wiadomo co jest przyczyną aż tylu zniknięć, jednak wiadomo, że postrach zbiera coraz większe żniwo.  I właśnie w sam środek tych niecodziennych wydarzeń zostaje wplątana główna bohaterka utworu Wolha Redna, dla przyjaciół W-Redna. Pod pretekstem wyjazdu dyplomatycznego do państwa wampirów Mistrz (nauczyciel Wiedźmy) nakazuje jej wyruszyć w podróż do urokliwej Dogewy. A tam sprawy się niestety pokomplikują...




Lecz dlaczego to właśnie Wolhę mianowano na nieszczęsnego dyplomatę!? Dlaczego Dogewa owiana jest tak złą sławą!? I wreszcie jaką mroczną tajemnicę skrywają wampiry!?

Odpowiedzi na te i inne nurtujące Was pytania, odnajdziecie w lekturze pierwszej części wielotomowej serii książkowej autorstwa Pani Olgi Gromyko, do której czytania serdecznie zapraszam zarówno tych dużych jak i małych :).

"(...)Najstraszniejszy i najbardziej przebiegły potwór wszystkich czasów i narodów to... plotka..."

Jak już wspominałem zabrałem się za to tylko dzięki Weronice, bo jakbym nie miał żadnej motywacji to nawet bym na to nie spojrzał :D. I teraz widzę, że popełniłbym ogromny błąd, bo utwór ten naprawdę ma w sobie to COŚ. Może nie ma tego za dużo, ale jednak zawsze ;). Co do narracji to niezmiernie się cieszę, że Pani Olga postawiła na narrację pierwszoosobową. Czasami lubię tak wczuć się w rolę bohatera i razem z nim, ramię w ramię, przeżywać fantastyczne przygody.

Muszę również przyznać tej pozycji wielkiego plusa za idealnie dobrane żarty słowne, jakimi autorka okrasiła tę powieść. Co rusz dorzucała różnego rodzaju teksty, wywołujące u mnie szczery uśmiech na twarzy od ucha do ucha :). Zresztą nawet sama okładka, na której uśmiechnięta Wiedźma pokazuje nam środkowy palec, emanuje pozytywną energią ;D. Poniżej zamieszczę jeden z wielu zabawnych cytatów, na jakie natknąłem się podczas czytania, żebyście i Wy mogli choć na chwilę wejść w magiczny świat W-Rednej. Wiem, że jest długi, ale nie mogłem go skrócić :).

"Miecz w moim ręku jest straszną bronią. Przede wszystkim dla mnie. Jestem głęboko przekonana, że wszystkie miecze mają dusze - i jakiś uraz do mojej osoby. W walce na to żelastwo zawsze ratowałam się w ten sposób, że we właściwej chwili rzucałam broń i przywalałam przeciwnikowi jakimś zaklęciem.
(...)A w przerwach między zwycięstwami - znaczy, jeżeli takowe w ogóle miały miejsce - miecz ściągał mój pas na lewo, zaczepiał się o wszystko, o co tylko można, a przy każdym ruchu walił po biodrach, zostawiając na nich podłużne sińce. Przeciwnicy naprawdę oszczędziliby sobie całej masy problemów, wciskając mi do ręki miecz i uciekając bez oglądania się za siebie. Doskonale poradzę sobie z pocięciem się na kawałki bez dalszej pomocy z ich strony..."

Prawdopodobnie się mylę, ale sądzę, że autorka tejże książki w pewnym stopniu wzorowała się na bestsellerowej sadze o "Harrym Potterze". Oczywiście nie chodzi mi tu o żywe zerżnięcie słowa w słowo, ale częściowo wyczuwałem lekkie podobieństwo. Jednak to w żadnym stopniu nie wpływało na komfort czytania, więc bez obaw ;).

Na koniec zostawiłem taki deserek dla wszystkich tych, którzy poszukują w książkach wątku miłosnego. Tak, tutaj też pojawił się takowy. I mimo, że jednym z miłosnych gołąbków był wampir to dało się to jakoś przełknąć (wiem, że nie czytałem "Zmierzchu", ale już rzygam tymi zadufanymi w sobie wampirkami z Bożej łaski ;p).

"- Widzisz, mimo wszystko istnieje ktoś, kogo mag powinien się bać. On sam. Magia to nie kuglarskie sztuczki z kulkami i kartami, może być mroczna i jasna, dobra i zła, destrukcyjna i tworząca, i to, jaka będzie w twoim ręku, zależy tylko od ciebie, a to ogromna odpowiedzialność..."

Podsumowania nadszedł czas... Pragnę polecić Wam serdecznie pierwszą część "Zawód: Wiedźmy"! Jest to książka wciągająca, pełna śmiechu i scen rodem z prawdziwego tolkienowskiego fantasy. Jeśli szukacie dobrej książki, owładniętą przez magię i czary, to ta pozycja jest zdecydowanie dla Was! Na pewno czas przeznaczony na W-Redną nie będzie czasem straconym. A ja już szykuję się na kolejne części ;). Jeszcze raz polecam!




Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Znam sąsiadów".

POZDRAWIAM!

PS: Jak zauważyliście moja punktacja przeszła niemałą zmianę :). Teraz będę oceniał tak jak wcześniej, czyli za pomocą sześciostopniowej skali, lecz do gry zaprosiłem prawdziwe melony :D.
Jeżeli możecie to prosiłbym serdecznie o Wasze zdanie na ten temat, czy wszystko jest czytelne i w absolutnym porząsiu ;P.

05 lipca 2013

"Piła" - seria filmowa


Witajcie Blogerzy!

Chciałbym zagrać z Wami w pewną grę!

Dużą część swojego życia poświęciliście blogowaniu, opisywaniu swojego życia codziennego, czy też recenzowaniu wszystkiego, co zrecenzować się dało, od kosmetyków, przez słodycze po książki i filmy. Wielu też wypowiadało się na cięższe tematy, przedstawiając innym użytkownikom Bloggera swoje poglądy na określone sprawy. Teraz Wasz Najdroższy, Najukochańszy, Najsłodszy, Najmilszy, Najpiękniejszy, Najpotężniejszy, Najprzystojniejszy, Najznakomitszy, Najserdeczniejszy, Najtroskliwszy, Najnajszy recenzent-bloger niejaki skromny Melon siedzi w zamkniętym pomieszczeniu bez internetu, bez jakichkolwiek mobilnych urządzeń i bez antydepresantów. Nie jest w stanie w żaden sposób połączyć się z siecią. Jeżeli chcecie by do Was wrócił i kontynuował prowadzenie tego swojego, pożal się Boże, bloga... o tytule z pupy dupy (o co w ogóle chodzi mu z tym "dotcom"!?)... I żeby nadal recenzował dla Was książki, które tylko udaje, że czyta, i żeby ciągle odwiedzał Wasze cudowne, w niczym nie podobne do tego bloga, blogi oraz czytał i komentował je komentarzami, kończącymi się przykładowo na "Miłego wieczoru!", czy "Pozdrawiam!", albo "Spokojnej nocy!", jest też "Miłego dnia!", jak również żeby nie przestawał ogłupiać użytkowników internetu, tudzież samego internetu, wprowadzając do niego niezliczoną ilość idiotycznych postów to...
Nic nie róbcie... on i tak powróci, robiąc to dalej... prawdopodobnie ze zdwojoną siłą (Boże uchroń!)... i to jest w tym najgorsze... Nie no, żartuję, przecież psychopatyczny Dżigsoł też ma poczucie humoru, ha... ha... ha...
Jestem zajebiście śmieszny...

Jednak powracając do poprzedniej myśli...

Jeśli pragniecie Melona z powrotem, tego Najdroższego, Naj... (ok, wiem... mam stulić dziób) to napiszcie w komentarzach pod tym postem jak bardzo go kochacie. O ile go kochacie <złowrogi śmiech zła>! Jeżeli natomiast jesteście za tym, by siedział tam na wieki w zamknięciu, aż jego kości zeżrą kościożerne kościożerniaki to napiszcie, iż macie wywalone na jego, tak bardzo obchodzący Was, los ;D.

Wybór należy do Was!
Niech zacznie się gra!

Dżigsoł


Hej ludzie, tu Melon!
Dżigsoł udostępnił mi na chwilę swojego laptopa i podał mi hasło do fifirifi, żebym mógł jeszcze dodać posta o filmowym cyklu - "Piła", więc póki mogę to chciałbym skorzystać z okazji i zapraszam Was na recenzję...

Nazwij mnie łomem, bo złamałem obowiązujące mnie zasady...
Nazwij mnie odważnym, bo odważyłem się zrobić coś niemożliwego...
Nazwij mnie głupcem, bo wykazałem się nieludzką głupotą...
Nazwij mnie Melonem, bo tylko Melon mógł dopuścić się takiego czynu...

W jednym zdaniu? Melon, nachalnie przymuszony przez swoje drugie (głupsze) "ja", postanowił obejrzeć całą filmową serię Piły (7 cz.) w niecały tydzień i o dziwo dokonał tego... Gdybym przeczytał poprzednie zdanie jakiś miesiąc temu to sam bym się wyśmiał i wylałbym sobie wiadro zimnej wody na swój własny łeb z dopiskiem "ta i co jeszcze, może "Teksańska masakra piłą mechaniczną 3"?". Jednak czytam je teraz i jakoś jestem w stanie to pojąć...

Prawdopodobnie nie wierzycie wszystkim Waszym kończynom, rozpoczynając od oczu, czytającym ten tekst, ale uprzedzę wszelkie nieścisłości, potwierdzając to, iż obejrzałem 7 części "Piły" w kilka dni O_o. I powiem szczerze, że lęk przed nieznanym naprawdę robi ludziom wodę z mózgu (w moim przypadku jest to melonowy sorbet, lecz to tak nawiasem w nawiasie). Po prostu nie było czego się bać ;). No dobra, pomijając sceny z wylewającą się z nich rwącymi strumieniami krwią to i tak mogę jednogłośnie stwierdzić, że strachu w tym żadnego. Tutaj co innego grało pierwsze skrzypce... a mianowicie była to uwielbiana przez miliony obrzydliwość. Czysta obrzydliwość, pozostawiająca na człowieku znamię całkowitej demoralizacji psychicznej z przerzutami na fizyczną... Jednak zanim opiszę wszystkie swoje mutacje, powstałe po obejrzeniu tych filmów, to najpierw chciałbym powiedzieć co nieco o fabule "Piły"...

Od razu zaznaczę, że recenzja, którą aktualnie czytacie dotyczy "Piły" jako całej serii, dlatego nie będę wyodrębniał odmiennych fabuł poszczególnych części.


Cały cykl otwiera dosyć mroczna scena. Dwóch mężczyzn znajduje się w obskurnej, prawdopodobnie publicznej, toalecie i żaden z nich nie ma bladego pojęcia jak tam się znalazł. Przywiązani są grubymi łańcuchami do rurociągów za nogę. Jednej z jednej strony pomieszczenia, a drugi z drugiej. Pomiędzy nimi leży człowiek z przestrzeloną głową, który można powiedzieć, pływa w swojej, zaschniętej już krwi. W lewej ręce dzierży pistolet, a w prawej... dyktafon...


Kto by pomyślał, że dyktafon może narobić takiego stracha, lecz właśnie w tym momencie zaczyna się cała makabra, nazwana przez jej psychopatycznego organizatora - Jigsaw'a, grą... Grą, w której szanse na przeżycie ma tylko ten, kto wykaże się większą chęcią życia...

I na tym mniej więcej polega cała "Piła". Grupka ludzi bądź pojedyncze jednostki zamykane są w przeróżnych, niekiedy niewyobrażalnie okropnych, pomieszczeniach, gdzie znaleźć można wszelakie zabójcze przyrządy (pułapki), o jakich Wam się nawet nie śniło, do których ofiary są najczęściej przymocowywane. Następnie zmuszane są do drastycznych posunięć, zagrażających ich życiu...

No proszę w paru zdaniach opisałem kilkunastogodzinną serię... Ale na tym to w sumie polega. Cała idea praktycznie nie zmienia się w żadnej z 7 części. To znaczy, żebyście nie pomyśleli, że "Piła" jest takim co rusz odgrzewanym kotletem, co to, to nie, aczkolwiek w każdej z nich chodzi o tę samą grę... Można użyć synonimu - zabawę...


Jak już wspominałem tutaj nie ma czego się bać! Nie znajdziesz tutaj żadnych wyskakujących zza rogu potworów (no, może tam czaaasem jakiś człowiek w masce świni wyskoczy...), ani żadnych zatrzymujących serce momentów. Po prostu trzeba się przygotować na ostre sceny... Oczywiście mam na myśli sikającą ze wszystkich stron krew... A jeśli na to jesteście odporni to "Piła" stoi przed Wami otworem i serdecznie zaprasza.

No dobra niektóre "pułapki" były dość mocno hardcorowe i aż skręcały mi kiszki, to muszę przyznać. Jednak Melon (MELON (MELON!!!)) to obejrzał, będąc sam w domu z wszechogarniającą ciemnością na zewnątrz i jakoś żyje! Powiem więcej... Nawet nie wymiotowałem, ani nie miałem złych snów... nie licząc jednego... chociaż on nie był straszny... taka popierdółka... czemu ja co chwilę używam wielokropka... jestem idiotą... ta...

Kończąc chciałbym Wam z całego serca polecić całą "Piłę"! Jest to świetna seria zjawiskowych produkcji filmowych, które tak szybko nie dadzą o sobie zapomnieć. Gwarantuję Wam mile spędzony czas! I powtórzę, żebyście nie zapomnieli...
TU NIE MA CZEGO SIĘ BAĆ!!! Tak więc możecie oglądać do woli :D.

Moja ocena całego cyklu: 5+/6

"Gdy spojrzysz w oczy śmierci, doceniasz wartość życia..."

POZDRAWIAM!

PS: Dla niedowiarków: ja teraz naprawdę siedzę w zamknięciu bez jakiegokolwiek okna na świat... błagam zagrajcie w grę :P!

Copyright © Melon dotcom Published By Gooyaabi Templates | Powered By Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com