31 października 2012

"Carrie" - Stephen King - recenzja





CARRIE, czyli znakomite wybicie Króla.

"Carrie" jest pierwszą opowieścią Stephena Kinga, jaka kiedykolwiek wyszła z drukarni.
Pierwsza nie zawsze oznacza najlepsza (głównie oznacza najgorsza, ale nauczyłem się już, że cudownym komentarzem do moich przemyśleń to... "NIEWAŻNE" :p) i "Carrie" nie była taka super, ale należy do grona tych lepszych.

Sam pomysł o napisaniu historii dziewczyny nękanej przez rówieśników, która odegra się z podwojoną (żeby tylko...) siłą jest świetnym pomysłem, jak na tamte czasy...


Cała rzeczywista akcja jest przerywana przez często pojawiające się artykuły z gazet, które jakby to... są z przyszłości.
Czyli dla przykładu: jest opisane jakieś wydarzenie toczące się aktualnie (w akcji książki), po którym występuje taki właśnie artykuł  opisujący dane wydarzenie z perspektywy przyszłości (dostarcza dodatkowych informacji, których nie znaleźliśmy w czasie rzeczywistym)...
Jednym słowem - to nie jest aż tak skomplikowane, tylko że ja utrudniam próbując wyjaśnić (no dobra, macie mnie... to nie było jedno słowo... nieważne). Po prostu przeczytajcie i zrozumiecie, a jak już to uczyniliście, to chyba kumacie czaczę, a jak nie...
No cóż bywa. Nie każdy jest taki super jak JA.
Och ta moja skromność chyba mnie wykończy... :D

Wróćmy może do samej recenzji...
Główną bohaterką jest licealistka, tytułowa Carrie White. Jest dziewczyną, prostą (czyt. pospolita, a nie "niekrzywa"... taka mała podpowiedź), odrzuconą przez rówieśników i można powiedzieć, że jest sierotą, jakich niemało (sierota - czyt. ofiara losu, a nie bezrodzicna... <-- tak, tak Mateusz...). Poznajemy ją od pierwszych stron, podczas sytuacji, jaka się wydarzyła w szkolnej przebieralni (dokładniej pod prysznicami - szkolny prysznic NO COMMENT).
Carrie, w wieku lat 17 (chociaż nie pamiętam dokładnie, ale może to i była 17-stka), dostała swojego pierwszego okresu. No ja się nie znam, ale to chyba za późno... i to dużo... Mało tego. Dostała go przy swoich "koleżankach", które wiedziały, że zdarza się to jej po raz pierwszy. Chcąc ją poniżyć, nie tylko wyśmiewają się z niej, ale rzucają w nią podpaskami (albo tamponami... Jeju, kolejny mój komentarz z serii "NIEWAŻNE")...

Powiem, że znów odczuwam w tej książce taki rozkaz odbierania Carrie, jako skończonej łajzy. Tak też było w "Blaze", gdzie głównego bohatera uważałem za przygłupa...
Stephen King w jakiś niewyobrażalny sposób ukazuje nam ślamazarność bohaterki. Gdyby to był jakiś inny, mało wprawny autor, współczułbym dziewczynie, ale NIE... przecież to KING, więc Carrie to ostatnia ciapa... No niestety, takie jest życie...

Główna bohaterka nie posiada ojca, lecz tylko i wyłącznie matkę - zagorzałą dewotkę. Gdyby to była prawdziwie religijna mama... CUDOWNIE!
Ale jak zwykle musi to być coś odmiennego. No i mamy...
Za każde "wykroczenie" córki, Pani White karała ją, na przykład zamykając w składziku na wielogodzinna modlitwę...

Lecz podsumujmy to, co dotychczas napisałem - Carrie jest INNA! Nie chodzi na imprezy, nie interesują się nią chłopcy i jej zadaniem życiowym jest bycie obiektem drwin i docinek.

Nadchodzi jednak pewien dzień. Bal maturalny (po polskiemu - studniówka), na którym dochodzi do pomyślnej realizacji chytrego planu anty-przyjaciółek głównej bohaterki - wylanie świńskiej krwi na głowę Carrie ("Świńska krew dla świni...").
Mały problem w tym, że podczas swojej pierwszej miesiączki uzyskała dar telekinezy, czyli zabawa się rozkręca...

Nie będę opisywał, jaki to chaos dział się w otoczeniu dziewczyny i nie będę wyliczał wszystkich jej ofiar, ale opowiem o scenie z panią White, która była według mnie świetna (w filmie, który nakręcono na podstawie tej książki, chcąc ulepszyć uczucie grozy, zmieniono rodzaj śmierci matki, według mnie psując w pewnym stopniu całe jej piękno)!

Carrie zabiła matkę w sposób łagodny i majestatyczny (chodzi mi o to, że w życiu bym o czymś takim nie pomyślał. Normalnie CHAPEAU BAS). Użyła swojej telekinetycznej mocy, powoli zwalniając jej akcję serca - "Twoje serce bije coraz wolniej... wolniej...wolniej..." - jest to moja ULUBIONA scena z tej książki!

No dobra, to tyle... rozpisałem się, a już pora spać.
Dodam, że Carrie White (można powiedzieć - postać tragiczna) niestety umarła... oblepiona zakrzepniętą, świńską krwią...
"Świńska krew dla świni..."

Książka zasługuje na dobre 9+/10!
Jak zwykle polecam, bo to dobry start na zagłębienie się w mrocznych czeluściach umysłu STEPHENA KINGA...

4 komentarze:

  1. Kilka miesięcy temu przeczytałem i...troszkę zawód, żałuję, że nie przebrnąłem przez "Carrie" na początku swojej przygody z Kingiem. Bo na tle jego późniejszych dokonań "Carrie" wypada zaledwie przeciętnie. Momentami jest świetnie, momentami tak sobie. Odniosłem wrażenie, że choć książka objętościowo niewielka, to ma dłużyzny. Ale tak czy inaczej trzeba ją poznać - od tego się tak naprawdę wszystko zaczęło. "Carrie" wypchnęła Kinga na szerokie wody :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak teraz patrzę z perspektywy czasu na "Carrie" to coraz bardziej mi się ona podoba... I już niedługo będzie w kinie ;).

      Usuń
  2. książka, którą muszę po prostu muszę przeczytać i tak bardzo, bardzo, bardzo chcę... a nigdzie nie mogę tej książki dostać :/ peszek!

    Melon, a Ciebie to ja po prostu uwielbiam za te Twoje recenzje! :D i komentarze z serii "nieważne" :D

    miłego wieczoru życzy Ruda :)
    (choć podpisana imieniem i nazwiskiem, przez małe zmiany na blogosferze :P )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, gdzie Ty zaglądasz? Te recenzje powinny już się smażyć w piekle zapomnienia, a nie być czytane ;D.

      Ale to nie znaczy, że nie mogę podziękować. Dziękuję :*!
      Również życzę miłego wieczoru :)!

      Usuń

Dziękuję serdecznie za pozostawione tutaj komentarze :)

"Pamiętaj, że wulgaryzmy odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego"
- Stephen King "Pod kopułą"

Copyright © Melon dotcom Published By Gooyaabi Templates | Powered By Blogger

Design by Anders Noren | Blogger Theme by NewBloggerThemes.com